Co ciekawe, wśród pedagogów wielu było takich, którzy z ogólnymi pomysłami, jakie PiS przedstawiał w kampanii wyborczej, byli nawet w stanie się zgodzić. Części z nich podoba się sama likwidacja gimnazjów, części – bardziej konserwatywne programy nauczania, innym – odwrót od testów. Wielu nauczycieli głosowało zresztą na PiS i chętnie zaangażowałoby się w programową pomoc tej partii – jeszcze na początku kadencji środowisko nauczycielskie było gotowe do rozmów o nowym kształcie oświaty.

Co poszło nie tak? Po pierwsze, sam styl reformowania. Minister na początku kadencji obiecywała wielką debatę oświatową, w ramach której uwzględnione zostaną głosy każdego, kto będzie chciał udzielać się w pracach nad polską edukacją. Szybko jednak okazało się, że debata to fikcja, która ma na celu uwiarygodnienie pomysłów PiS z programu wyborczego. W trzy miesiące od wyborów przepchnięto przez Sejm podniesienie wieku startu szkolnego do siedmiu lat. Pod płaszczykiem konsultacji szykowano natomiast likwidację gimnazjów. Oba ruchy uzasadniano w ten sam sposób: było w programie, obywatele zagłosowali, lepszej rekomendacji nie trzeba. Na straży reform profilaktycznie ustawiono lojalnych kuratorów oświaty, przyznano im też większe kompetencje.

Po drugie – manipulacje. Anna Zalewska co konferencję prasową posługuje się zestawem ogranych już haseł. „Gimnazja nie wyrównywały szans”, „badania potwierdzają, że gimnazja się nie sprawdziły”, „rektorzy mają negatywną opinię o systemie szkolnym”. Sęk w tym, że w ciągu ostatniego roku niemal wszystkie argumenty zostały już obalone przez dziennikarzy, samych nauczycieli lub działaczy społecznych. Wiadomo, że gimnazja szanse wyrównywały całkiem sprawnie, żaden z badaczy, na których powołuje się MEN, nie rekomenduje likwidacji tych szkół, podobnie jak rektorzy uniwersytetów i politechnik. Pani minister i jej współpracownikom prawda jednak nie przeszkadza. Do zainteresowanych systemem edukacji ta powoli jednak zaczyna docierać.

Po trzecie – tempo. Minister edukacji lubi podkreślać, że gimnazja wprowadzano nieprzyzwoicie szybko. Tylko, że ona już co najmniej o miesiąc przekroczyła rekord ustanowiony przez Mirosława Handkego. Ustawę o systemie oświaty prezydent podpisze dopiero w grudniu. Co oznacza dziewięć miesięcy na reorganizację sieci szkolnej, nowe podręczniki i programy nauczania. Pierwsze roczniki reformy będą nieustannym eksperymentem.

Po czwarte – nauczyciele wreszcie zrozumieli, że reforma naprawdę ich dotknie, a  związkowe szacunki o utraconych miejscach pracy mogą okazać się nieprzesadzone. Właśnie teraz gminy kończą liczyć etaty. Głośno mało kto o tym mówi – wójtowie i burmistrzowie zasłaniają się tym, że ustawa nie jest podpisana – ale samorządowcy już szacują, ile osób pójdzie do zwolnienia w pierwszym roku reformy. W dodatku wiadomo, że warunki pracy nie będą komfortowe – pierwsze lata to ściskanie uczniów w budynkach lub przenoszenie ich do odleglejszych szkół.

Reformę edukacji dałoby się wprowadzić, nie popełniając tych błędów – poprawiając niedociągnięcia obecnego systemu, naprawdę wykorzystując badania, słuchając rektorów, nauczycieli i rodziców. Do podciągnięcia byłyby chociażby kompetencje samych pedagogów, którzy co prawda są wykształceni najlepiej w Unii Europejskiej, ale za to zarabiają jedne z  najniższych w niej pensji. Przez to selekcja do zawodu jest raczej negatywna. Często do szkół trafiają nie pasjonaci, a wręcz przeciwnie – ci, którzy na wolnym rynku nie potrafili odnaleźć się ze swoim dyplomem magistra. To istotna różnica, która dzieli nas od Finlandii, gdzie zawód nauczyciela cieszy się społecznym uznaniem.

Za bardziej fachowym nauczycielem mogłyby pójść inne, rozwijające programy nauczania i metody pracy. Takie, które pozwoliłyby nam awansować z szarego końca krajów OECD, gdzie uczniowie najgorzej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów. Można by też wprowadzić większą autonomię szkół. Tak, by placówki naprawdę wykorzystywały potencjał nauczycieli w tworzeniu autorskich programów, a nie ograniczały ich roli do wypełniania zapisów ministerialnej podstawy programowej. A także by bardziej angażowały w  życie szkoły rodziców uczniów.

Można by znaleźć więcej miejsca na naukę metodą badania i eksperymentu. Obecnie często nie ma na to ani chęci nauczycieli, ani czasu. Tak jak na pracę z uczniami najzdolniejszymi – wyniki międzynarodowych badań PISA pokazują, że udało nam się podciągnąć najsłabszych. Za to najlepsi pozostali mniej więcej na podobnym poziomie. Warto by było znaleźć sposoby na to, by kolejny awans przynieśli nam właśnie oni. Jeśli mamy budować gospodarkę opartą na innowacjach, potrzeba nam rąk do pracy.

Zamiast 900 mln zł przeznaczać na wdrażanie reformy (taką kwotą posłużyła się minister Anna Zalewska), można by też na przykład poszerzyć program finansowania dzieciom obiadów. Niedożywienie uczniów to jedna z największych bolączek zdiagnozowanych przez naukowców pod kierownictwem prof. Tadeusza Pilcha z PAN. Wpływa ona na wyniki w nauce, a tym samym sprawia, że inwestowane w dzieci pieniądze nie przyniosą w  przyszłości krajowi zwrotu.

Reforma oświaty mogłaby zająć się tymi wszystkimi problemami. Niestety pewnie wówczas nie byłaby ona ani tak szybka, ani spektakularna. Z drugiej jednak strony nie miałaby też tak dużych szans, by okazać się spektakularną porażką, która cofnie nas co najmniej o 20 lat w rozwoju oświaty, pogrąży tych, dla których szkoła mimo wszystko była szansą, i da wypłynąć tym, których rodzice mieli dostateczną świadomość i pieniądze na zapewnienie dobrego wykształcenia w szkołach organizowanych poza zarządzanym ministerialnie systemem.