Robert Mazurek: Z czego żyją malarze?
Sebastian Krok:
Z pracy, czasem fizycznej. Jeden mój kolega zanim zaczął sprzedawać swoje prace, to przez siedem lat pracował w markecie budowlanym.

A inni?
Z mojego roku na ASP to z uprawiania sztuki, oprócz mnie, próbuje utrzymać się jeszcze jedna dziewczyna. Najwięcej osób żyje z prac studenckich.

Studenckich?
Są barmanami, pracują w kawiarniach. Niektórzy je zakładają, ale większość po prostu w nich obsługuje.

Rok czy dwa można jeszcze po skończeniu nauki pożyć jak studenci, tak za pieniądze rodziców, ale potem to nie jest zabawne.
I gwarantuję panu, że nikomu nie jest do śmiechu.

Jesteście młodzi, pan kończył akademię trzy lata temu.
Starsi nie mają lepiej, oczywiście jakoś ratują się ci, którzy uczą na akademiach sztuk pięknych. Reszta szuka etatów, każdej pracy, agencje reklamowe, jakieś grafiki, produkcja filmów – ci, którzy się tam załapią, przynajmniej daleko nie odchodzą od sztuki. Inni szukają zajęcia w domach kultury, szkołach, instytucjach. To bardzo drażliwy i dla wielu naprawdę wstydliwy temat.

Wstydliwy? Dlaczego, uczciwa praca…
Tak, ale każdy chciałby żyć ze sztuki, przecież po to studiowaliśmy.

Ludzi nie można zmusić do tego, by kupowali obrazy.
Mogę powtarzać banały, że rynek sztuki jest u nas bardzo płytki, bo polska klasa średnia sztukę kupuje w Ikei, a swoje potrzeby kulturalne spełnia podczas nocy muzeów i w czasie Warsaw Gallery Weekend. To im wystarcza. I mówię to bez kpiny i bez pretensji do nikogo.

Znam paru artystów, którzy coś sprzedają.
W Polsce obrazy sprzedają się głównie w Warszawie oraz trochę w Krakowie – i to niemal wszystko. A dodam jeszcze, że w Warszawie jest niespełna 30 galerii, a w takim Berlinie trzysta. I ceny są nieporównywalne.

Jak pan daje sobie radę?
Coś sprzedaję, mam kolejne wystawy, teraz w Warszawie w galerii m2. Poza tym zostałem na ASP, jestem asystentem prof. Leona Tarasewicza. Zaczynałem od jednej czwartej etatu, teraz mam pół, a jak zrobię doktorat…

CAŁA ROZMOWA W PIĄTKOWYM MAGAZYNIE DGP