Sprawa uchybienia przy przesyłaniu ustawy o Sądzie Najwyższym z jednej izby do drugiej przypomina trochę sytuację, w której przyprowadzamy do warsztatu samochód w całkowitej ruinie - wybite szyby, przebite koła - a ktoś mówi, że jeszcze lakier gdzieś odprysnął.

Nie możemy bowiem zapominać, że cała ta ustawa została przyjęta w trybie, który - delikatnie mówiąc - jest wątpliwy konstytucyjnie. Tempo, rezygnacja z prac komisyjnych przed drugim czytaniem, sposób rozpatrywania poprawek…

Gdyby ta ustawa była w normalnym trybie procedowana, a jedyny błąd polegał na tym, że na końcu zostanie jeszcze zmieniona numeracja (ale pod warunkiem, że byłoby to tylko kwestia porządkowa i zrobione to byłoby w rzetelny sposób w całym tekście, zachowując system odniesień), to nie dopatrywałbym się od razu aż naruszenia konstytucji.
Natomiast w przypadku ustawy o SN to jest po prostu ostatni kwiatek na długim polu naruszeń wagi konstytucyjnej.