Nie chcę zajmować się sporami pokoleniowymi między czterdziestolatkami – oświadczył Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla „Gazety Polskiej”. Nie ukrywał, iż ma na myśli coraz bardziej szorstką przyjaźń prezydenta Andrzej Dudy z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą. Prezes PiS, mając kryzys wieku średniego dawno za sobą, demonstracyjnie okazał, że problemy politycznych smarkaczy co najwyżej go irytują. Ot takie młodzieńcze przekomarzanie się, kto będzie miał większy wpływ na wymiar sprawiedliwości w Polsce.

Swary prezydenta z ministrem wynikają najpewniej z tego, że obaj politycy nieopatrznie obejrzeli kiedyś serial „Czterdziestolatek”, którym Jerzy Gruza wykreował u nas modę na andropauzę. Niestety z powodu PRL-owskich ograniczeń finansowo-obyczajowych nie mogła się ona objawiać zakupieniem przez głównego bohatera, inż. Stefana Karwowskiego, czerwonego ferrari czy wymianą Madzi na nową żonę – taką dwie dekady młodszą. Inżynierowi po czterdziestce zamiast tych atrakcji pozostały tylko obsesyjne obawy przed łysieniem, bezskuteczne próby rzucenia palenia i uprawiania sportu oraz marzenia o burzliwym romansie. Gdyby jednak scenarzyści serialu mu go zafundowali, na dodatek połączony z rozwodem, ówczesne partyjne kierownictwo nie zdzierżyłoby tego. Edward Gierek znany był z przywiązania do wartości rodzinnych. Zdarzyło mu się nawet oświadczyć podczas posiedzenia Biura Politycznego, iż pogratuluje Andrzejowi Wajdzie nakręcenia „Ziemi obiecanej”, jeśli ten „usunie z filmu dwie sceny pornograficzne”. Aż strach pomyśleć, co by się zadziało na partyjnych szczytach, gdyby przykładny inteligent pracujący inż. Karwowski nagle zdecydował się prowadzić szokująco niemoralne życie.

Jeśli prezydent i minister sprawiedliwości wiążą swoją przyszłość z polityką, to oni też o ekscesach na miarę „Ziemi obiecanej” muszą zapomnieć. Podobnie jak i o pozostałych popularnych środkach zaradczych na ból istnienia. Alkohol oraz inne substancje odurzające, w połączeniu z udziałem w szalonym koncercie rockowym, nie wchodzą w grę. Pozostają co najwyżej marne erzace. „Daily Mail”, powołując się na wyniki badań naukowych na temat objawów kryzysu wieku średniego przeprowadzonych w 2013 r. na pacjentach Crown Clinic (kliniki w Manchesterze specjalizującej się nomen omen w nowatorskich metodach przeszczepiania włosów), zaliczył do nich m.in. odnowienie kontaktu ze swoją pierwszą miłością na Facebooku, naukę gry na instrumencie lub kupienie bardzo drogiego roweru.

Jednak namiastki mają to do siebie, że słabo chronią przed niestabilnością emocjonalną oraz załamaniami depresyjnymi. Czyli głównymi przypadłościami mężczyzn podczas kryzysu wieku średniego. Kiedy to dociera do nich, że już „bliżej jest niż dalej” – jak śpiewał Andrzej Rosiewicz. W takich chwilach, gdyby nawet Zbigniew Ziobro nauczył się grać na fortepianie (notabene Władimir Putin ma to już za sobą), nie umniejszy to żalu, że prezydentem kraju został nie on, lecz młodszy o dwa lata kolega. Ten sam, którego tak kiedyś promował. A teraz po prostu zdrajca, Judasz i Brutus w jednym.

Słusznie zauważa „Daily Mail”, że zanik empatii i nieodczuwanie radości z sukcesów starych przyjaciół to jeden z głównych objawów przekroczenia czterdziestki. Zamiast empatii zaczyna dominować zazdrość. „Decydujące było to, że zobaczyłem, że on znakomicie przemawia. I to nie tylko w Sejmie, lecz także podczas dużych spotkań partyjnych” – tłumaczył w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” prezes Kaczyński, dlaczego w wyborach prezydenckich postawił na Dudę. Tymczasem Zbigniewowi Ziobrze do dziś pamięta się przemówienie, które próbował wygłosić w kwietniu 2012 r. podczas marszu w obronie Telewizji Trwam. Kiedy to jeszcze jego Solidarna Polska usiłowała konkurować o głosy wyborców z PiS. W zderzeniu z nie do końca przyjaznym tłumem ochrypł po trzech minutach, chwilkę później zaczęły mu drżeć ręce, a głos zamarł mu w ustach. Czym dał pewnie wówczas Kaczyńskiemu nie tylko sporo powodów do radości, ale też pewnik, że na prawicy nadal jest tylko jeden lider. Dziś więc prezes może spokojnie oświadczyć prezydentowi, że w jego ocenie „Ministerstwo Sprawiedliwości działa bardzo dobrze”. Po czym wsłuchać się w bezsilne zgrzytanie zębami rozmówcy. Bo to nie Duda zadecyduje o tym, który minister padnie ofiarą rządowej rekonstrukcji.

W ten sposób prezesowi udaje się kwestię wet Andrzeja Dudy sprowadzać do sporu 40-latków dotkniętych andropauzą. Stabilnym emocjonalnie dorosłym pozostaje zaś on. Co z kolei oznacza, że jeśli któremuś z młodzieńców roi się w głowie, że w dającej się przewidzieć przyszłości przejmą rolę lidera zjednoczonej prawicy, to raczej powinni zająć się kupnem bardzo drogiego roweru.

Dla Kaczyńskiego kwestia reformy sądownictwa jest sprawą drugorzędną w zestawieniu z problemem utrzymania przywództwa w zbudowanym przez siebie obozie władzy. Tak się składa, że o ambicje, a także możliwość konkurowania z nim może podejrzewać jedynie ministra sprawiedliwości, emancypującego się prezydenta oraz, w mniejszym stopniu, szefa MON.

Dziwnym trafem cała trójka jest już uwikłana w spór niemożliwy do wygaszenia, dopóki sprawują urzędy. Na marginesie, Antoni Macierewicz, będąc rówieśnikiem prezesa, od lat wykazuje objawy niekończącego się kryzysu wieku średniego. Czym chyba wzbudza w prezesie poczucie bezpieczeństwa, że akurat tego konkurenta nie musi się obawiać. Bo wprawdzie Kaczyński nie chce się zajmować sporami pokoleniowymi czterdziestolatków, lecz za to pasjami lubi je podsycać.