Jeremi Malicki (15 lat) i Hubert Zdulski (15 lat) : Czy za 100 lat będzie potrzebne ministerstwo przedsiębiorczości i technologii?

Jadwiga Emilewicz: Trudno przewidzieć. Ludzie zawsze zastanawiali się, jak mógłby wyglądać świat przyszłości. Jednak o tym, jak trudno to przewidzieć przekonują np. XIX-wieczne grafiki, na których próbowano w dowcipny sposób pokazać, co będzie za 100 lat. Co ciekawe kilka rzeczy okazało się całkiem trafionych. Na przykład opera, w której nie ma śpiewaków, tylko maszyny. Co prawda nadal w operze występują ludzie, ale mamy coraz lepsze nośniki dźwięku. Na kolejnym obrazku fryzjera i golibrodę zastępują maszyny – to też można powiedzieć, że się sprawdziło.

W przemyśle 4.0 powstaje coraz więcej maszyn, które wykonują tego rodzaju proste usługi za nas. Albo pomysł, że listonosz dostarcza listy za pomocą pojazdu latającego. I choć może nie zupełnie tak to wygląda, to człowiek coraz częściej unosi się nad ziemią. Są pomysły, żeby drony dostarczały krew do szpitali, a Amazon dostarcza już paczki za pomocą bezzałogowców. To pokazuje, że dawne wyobrażenia o przyszłości w niektórych miejscach spotykają się z obecną rzeczywistością. Choć inne wyobrażenie - że przekazywanie wiedzy będzie następowało przez pompowanie jej prosto z książek do mózgu, w sposób przyjemny i nie wymagający wysiłku - się nie sprawdziło.

Ale wracając do pytania, to myślę, że władza będzie potrzebna na pewno. Od czasów starożytnych taki sposób porządkowania życia społecznego był nam potrzebny. Więc może nie będzie czegoś takiego, jak ministerstwo przedsiębiorczości, ale jakaś władza regulująca działalność gospodarczą zapewne będzie istniała.

Czy Polska za 100 lat może zawojować kosmos?

Myślę, że Polska może to zrobić za 20 lat. Tylko może trochę w inny sposób, niż to sobie wyobrażacie. Lubię sięgać do książek Lema, który mówił, że człowiek nie chce podbić Kosmosu, tylko poszerzyć granice Ziemi.

I w tym sensie polska noga w komosie jest już postawiona. Syn autora znanych komiksów „Tytusa, Romka i Atomka” jest pracownikiem NASA i odpowiadał za kilka misji – to tylko jeden z przykładów. A takich Polaków, którzy w różnych miejscach na świecie starają się wspierać przemysł kosmiczny i sięgać do gwiazd, jest o wiele więcej. My zaś staramy się korzystać z ich wiedzy, planując polską politykę w tym obszarze.

Kolejnym przykładem naszego sukcesu kosmicznego jest to, że nasz hardware, czyli kret marsjański (upraszczając chodzi o złożone wiertło, które pozwala misji lecącej na Marsa przyczepić się do planety i prowadzić tam badania) poleciał na początku maja na misję InSight z Kalifornii. Trzymamy kciuki za szczęśliwy powrót. I mamy nadzieję, że jesienią cały świat się dowie, że polski produkt jest skuteczny w podboju kosmosu.

Kiedy przygotowywałam strategię polityki kosmicznej dla pana premiera Mateusza Morawieckiego, spotykało to się czasem z uśmiechami niedowierzania. Tymczasem ja mocno wierzę, że już za 20 lat będziemy poważnym kosmicznym graczem.

Kiedy już będziemy w kosmosie, co tam zrobimy?

Osobiście nie chciałabym lecieć na Marsa ani budować miasta na Księżycu, bo nie wiem czy wiecie, że Europejska Agencja Kosmiczna chciałaby zbudować wioskę na Księżycu. Jest nas na Ziemi coraz więcej, planeta się przeludnia, stąd ta propozycja. Ja raczej jednak wierzę w to, że kosmos daje nam większe możliwości rozwoju tego, co mamy na Ziemi. Ekran dotykowy to efekt jednej z misji NASA; GPS również powstał przy okazji planowania misji kosmicznej. Satelity to także efekt działań kosmicznych. A to właśnie dzięki nim możemy np. wyciągać pieniądze z bankomatu; dzięki danym z kosmosu możemy sprawdzać co się dzieje z powietrzem, na ile jest zanieczyszczone i gdzie są ogniska zapalne tego problemu. Zgadzam się ze Stanisławem Lemem, że dane, które będziemy pozyskiwać z kosmosu, przyspieszą znacząco polską gospodarkę.

Mówiła Pani o zanieczyszczonym powietrzu. Czy według Pani technologia będzie wpływała pozytywnie na środowisko, czy wręcz odwrotnie?

Plusem jest to, że dzisiaj jesteśmy świadomi, że nasza aktywność bardzo mocno wpływa na środowisko. Obecnie technologie służą temu, żeby przeciwdziałać tej naszej szkodliwej działalności. I takie też są starania – żeby nowe technologie nie szkodziły środowisku. Jeszcze do niedawna taki sposób myślenia prezentowała przede wszystkim Europa. Dzisiaj także Chiny – jedno z najbardziej zatruwających i eksploatujących przyrodę państw na świecie – zdecydowały o wydatkach na ochronę środowiska wyższych, niż w całej UE. To jest znak, że coś się zmienia. I że zdaliśmy sobie sprawę, że technologie mają służyć człowiekowi również w wymiarze poprawy środowiska. Chcemy, żeby to, co nam ułatwia życie, pozwoliło też zostawić Ziemię w co najmniej w takim stanie, w jakim ją zastaliśmy.

Niby tak jest, ale patrząc na to, co się dzieje w kwestii smogu można odnieść inne wrażenie. Jak z nim walczyć teraz, żeby w przyszłości było czym oddychać?

Polska jest w tym roku w rankingu, w którym nie chcielibyśmy się znaleźć - 33 polskie miasta znalazły się wśród 55 najbardziej zanieczyszczonych aglomeracji w Europie. To lista przygotowywana przez Światową Organizację Zdrowia. Wiemy, że w Polsce podstawowym źródłem fatalnej jakości powietrza jest tzw. niska emisja, czyli efekt tego, jak ogrzewamy nasze domy. W Polsce bardzo wiele rodzin mieszka w domkach jednorodzinnych. I bynajmniej nie jest to - jak w innych krajach Europy  wyznacznikiem wysokiego statusu ekonomicznego i społecznego.

W Polsce wiele z tych domów było bowiem budowanych metodą gospodarską, nieprofesjonalnie, w latach 70. Nie są zbyt dobrze ocieplone, mają stare okna i drzwi, przez co są dziurawe jak szwajcarski ser. W związku z tym potrzeba znacznie więcej energii, żeby te domy ogrzać. A bardzo często pali się paliwem bardzo słabej jakości, wrzucając do pieca nawet śmieci i przemysłowe odpadki. Efekt? Z kominów wypada coś, co jest powodem wielu alergii i poważnych problemów zdrowotnych.

To jak z tym walczyć teraz, żeby w przyszłości było lepiej?

Po pierwsze, nowe kotły, nowe systemy ogrzewania. Po drugie, nowe technologie do budowy i ogrzewania domów. Dzisiaj mówimy „domy pasywne”, czyli takie, które zużywają mniej energii, a wręcz czasami tę energię same produkują. Po trzecie, dobrej jakości paliwa. To wszystko to jest obszar nowych technologii. W takiej krótkoterminowej perspektywie mogą one nam pomóc. W Polsce ogromnym wyzwaniem jest też budowanie w społeczeństwie świadomości, a ta wciąż jest niska. Wciąż do nas nie dociera, że nie wolno palić byle czym, jeździć pustym autem. To jest ogromne wyzwanie edukacyjne, ale technologie mogą nam w tym pomóc.

Czy samochody elektryczne będą przyszłością transportu? Czy jednak należy szukać już innych rozwiązań?

Pytanie, jakie w ogóle będą pojazdy przyszłości. Dzisiaj wydaje się, że ten trend dotyczący produkcji aut elektrycznych jest dominujący. Przynajmniej w Europie. To, że świat poszukuje nowego napędu, jest przesądzone. I robi się to z wielu względów, również dlatego, że ceny paliw są bardzo podatne na różnego rodzaju zawirowania polityczne i mogą drastycznie rosnąć w krótkim czasie. Więc to poszukiwanie paliwa przyszłości jest na pewno priorytetem rozwijających się i rozwiniętych państw świata.

Więc jakie będzie auto przyszłości?

Inne, niż obecnie. Napędzane innego rodzaju paliwem. Dziś mówimy o bateriach litowo-jonowych, ale naukowcy sądzą, że przyszłość w tym zakresie leży gdzieś indziej. I że te ogniwa przyszłości będą inne, chociażby z tego względu, że lit to pierwiastek ziem rzadkich. Dlatego naukowcy szukają nowego napędu. Być może będzie to wodór. Biorąc też pod uwagę, że 70 proc. ludzi na świecie mieszka w miastach coraz trudniejszych do życia i coraz bardziej przeludnionych, dynamicznie rozwijają się auta autonomiczne. Nie będziemy więc mieć aut na własność, bo nie będzie nam to potrzebne. Będziemy je za to np. przy pomocy jakiejś aplikacji zamawiać w razie potrzeby. Niewykluczone, że właśnie życie w miastach będzie w różnych aspektach „współdzielone” z innymi.

Czy Pani zdaniem technologia zmienia ludzi i relacje między nimi?

Na pewno tak. Ja mam trzech synów i wiem, jak walczę o każdą minutę ich uwagi, żeby chociaż na chwilę zrezygnowali z technologii, która jest bardzo atrakcyjna. Ona pomaga i przeszkadza jednocześnie, i historia ludzkości tego dowodzi. Wiele rozwiązań nam bardzo uprzyjemniło życie - skróciło czas pewnych czynności, ułatwiło kontakt między ludźmi. Przecież pod koniec XIX wieku, żeby się skontaktować np. z krewnym we Włoszech potrzebowaliśmy co najmniej trzech tygodni, żeby dyliżans pocztowy dostarczył list. Za sprawą technologii nasz świat się bardzo skurczył. Ale jest też trudniej. Mimo, że mamy technologiczną łatwość skracania dystansu, to chyba relacje międzyludzkie nam osłabły. Warto więc pamiętać, że za technologią zawsze stoi człowiek. I żebyśmy się nie dali zanadto uwieść epoce maszyn, które agresywnie wchodzą w nasze życie. Dobrze, żebyśmy mieli tego świadomość.

W przeszłości dzieci bawiły się zabawkami. Teraz coraz częściej smartfonami. Jak to będzie wyglądać w przyszłości? Dzieci wrócą do pluszaków, klocków?
Rzeczywiście, dziś technologia jest dostępna zawsze i wszędzie, również w szkole. A kreatywność - czyli to coś, co dziś jest bardzo poszukiwane na rynku pracy - znacznie lepiej kształtuje się poprzez rozwiązywanie problemów. Widzimy już, że najmodniejsze są dziś przedszkola i szkoły, które wracają do tradycyjnych zabawek, najlepiej takich, które trzeba wykonać samemu albo z kolegami. W ten sposób uruchamiamy wyobraźnię.

A czy może się tak zdarzyć, że w efekcie nadmiernego rozwoju technologii świat pójdzie w kompletnie innym kierunku i nastąpi regres?

W literaturze XVIII-wiecznej, w czasach rewolucji francuskiej, dyskusja o tym, czy cywilizacja doszła już do granic swojego rozwoju, była bardzo modna. Dziś jak patrzymy na przełamywanie kolejnych granic naszej wiedzy, wydaje się, że jest jeszcze bardzo dużo do odkrycia przed nami. Jak zapytacie neurologa, co my wiemy o działaniu mózgu, to okaże się, że jesteśmy dopiero na początku drogi: naukowcy są w stanie poznać i opisać jedynie 6 proc. aktywności naszego mózgu. Myślę więc, że jeszcze wiele przed nami.