Prezydent Andrzej Duda podpisał w środę ustawę – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce oraz przepisy ją wprowadzające. Ustawa zastępuje cztery do tej pory regulujące życie akademickie w Polsce. Zakłada duże zmiany m.in. w działaniu uczelni, ich finansowaniu, budowaniu kariery naukowej.

Prace nad nią trwały dwa lata. Ustawa wejdzie w życie 1 października 2018 r.

W czasie ostatniego etapu prac nad reformą Senat wprowadził do niej poprawkę gwarantującą dożywotnie zatrudnienie na uczelni sędziom Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Naczelnego Sądu Administracyjnego. Poprawka wywołała wielkie kontrowersje w środowisku akademickim.

Prezydent podpisał Konstytucję dla nauki. To dobry krok czy – po kontrowersyjnych poprawkach – powinien był ją raczej zawetować?

Prof. Marcin  Pałys: Powinien podpisać po to, by podstawowe rozsądne rozwiązania w niej ujęte zaczęły obowiązywać. Natomiast możliwie szybko powinna zostać znowelizowana.

Ustawa jest daleka od projektu. Prace parlamentarne zmieniły ją w złym czy dobrym kierunku?

Projekt wyszedł od ambitnych zamierzeń dotyczących tego, jak mógłby funkcjonować system nauki i szkolnictwa wyższego. Jednak oprócz dalekosiężnego celu trzeba widzieć ścieżkę dojścia do niego. W trakcie prac w Sejmie i Senacie ustawa była dostosowywana do realiów.

W senackiej komisji dodano zapis, że sędziowie Naczelnego Sądu Administracyjnego, Trybunału Konstytucyjnego i Sądu Najwyższego mają dożywotnie etaty na uczelni. To droga dojścia do celu?

Nie, to zupełnie inna sprawa. Dla samodzielności uczelni w zakresie zatrudniania pracowników i prowadzenia polityki kadrowej na etapie prac parlamentarnych nastąpiły katastrofalne zmiany. Chodzi o dwie poprawki. Jeszcze w Sejmie dopisano do ustawy fragment, który wyglądał niewinnie, ale podważał autonomię uczelni. W oryginalnym projekcie był zapis, że aby pracować na stanowisku pełnego profesora, trzeba mieć nadany przez prezydenta tytuł. W komisji dopisano tam drugi punkt. Teraz zgodnie z ustawą, jeżeli ktoś ma taki tytuł, musi zostać zatrudniony na stanowisku pełnego profesora.

Co to oznacza?

Obsadzanie stanowisk profesorskich mających największy wpływ na funkcjonowanie uczelni odbywa się całkowicie poza nią. To, czy ktoś jest pełnym profesorem, zależy tylko i wyłącznie od tego, czy posiada tytuł. A on jest nadawany na wniosek Centralnej Komisji do spraw Stopni i Tytułów przez prezydenta. Swoboda prowadzenia polityki kadrowej jest jednym z podstawowych elementów autonomii uczelni. Tymczasem wyłączamy obsadzanie stanowisk spod decyzji jej władz. Jak mamy dbać o jakość na uniwersytecie, jeśli zatrudniając pracownika, nie możemy mu stawiać żadnych wymagań? Tak właśnie jest w tym przypadku.

Czy dorobek naukowy nie wystarcza jako wymaganie? Jak było dotychczas?

Do tej pory osobom aspirującym do stanowiska pełnego profesora stawialiśmy oczekiwania np. opracowania nowych zajęć, kierunku kształcenia albo uruchomienia projektu badawczego w ważnej dla uczelni specjalności. To było narzędzie rozwoju UW. Przyjęta w ustawie zmiana oznacza, że taka będzie liczba profesorów na uczelni, ile osób będzie miało taką ambicję i wykaże się wystarczającym dorobkiem, a prezydent dobrą wolą. A to oznacza, że uczelnia ma związane ręce, jeżeli chodzi z jednej strony o otwieranie nowych kierunków i wkraczanie na nowe obszary badań, a z drugiej zachowanie kontroli nad liczbą pracowników w obszarach, które są już nasycone naukowcami.

Czyli na mocy ustawy prezydent będzie de facto kadrowym uczelni.

Ja bym to sformułował inaczej: ustawa uzależnia w stu procentach politykę zatrudniania profesorów od czynników pozauczelnianych.

A więc ta poprawka idzie dużo dalej niż ta dotycząca zatrudniania sędziów.

Jest tego samego gatunku, tylko dotyczy szerszej grupy pracowników.

Natomiast efekt tej sędziowskiej będzie narastał, bo liczba sędziów w stanie spoczynku będzie kumulować się latami. Pomijając zresztą wszystkie inne jej aspekty, to stwarza ona bardzo niebezpieczny precedens.

Dlaczego?

Z kilku powodów. Pierwszym z nich jest podejście do instytucji uczelni.

Zdaniem autorów tej poprawki to jest miejsce, w którym zapewnia się dożywotnie zatrudnienie bez stawiania wymagań i bez możliwości rozwiązania umowy o pracę. To czyste beneficjum. Po drugie, jeśli można takie rozwiązanie przyjąć wobec sędziów TK, NSA i SN, w następnym kroku można rozszerzyć tę grupę o posłów, senatorów, ministrów... W dodatku ten przepis jest przykładem fatalnej legislacji.

Co ma pan na myśli?

Mówi on, że umowa z sędziami w stanie spoczynku jest automatycznie przedłużana na czas nieokreślony i nie można zmienić warunków ich pracy. Od strony technicznej wygląda na to, że także pracownik nie może rozwiązać tej umowy. Nie wolno takiej osoby awansować, nawet jeśli przełożony chciałby to zrobić. Nie można obniżyć jej wymiaru pensum, nawet z jej inicjatywy. Nie można też jej zwolnić. A wie pani, jakie warunki trzeba spełnić, by dziś zwolnić profesora? Na przykład: negatywna dwukrotna ocena okresowa. Przewinienia dyscyplinarne, takie jak popełnienie plagiatu, nieobyczajne zachowanie, molestowanie czy mobbing. Podjęcie zatrudnienia na innej uczelni bez zgody rektora. To oznacza, że sędzia może być źle oceniany, popełniać niegodne czyny i nadal trzeba go zatrudniać. W dodatku może pracować w dowolnej liczbie uczelni, korzystając z tych benefitów.

A i to nie koniec. Ustawa stoi w sprzeczności z kodeksem pracy, bo sędziowie nie mogą być zwolnieni także w przypadku, kiedy lekarz nie dopuści ich do pracy. Nadto jest przepis, który mówi, że rozwiązuje się umowę o pracę z osobą, która została skazana prawomocnym wyrokiem na zakaz zajmowania stanowiska nauczyciela akademickiego. Czy sędziowie nie podlegają tym przepisom?

Czyli prezydent powinien był skierować tę ustawę do Trybunału Konstytucyjnego?

Gdzie sędziowie będą decydować we własnej sprawie. To być może najpoważniejszy błąd tej poprawki. W przypadku sporu pomiędzy sędzią a uczelnią sprawa trafia do sądu pracy. Gdzie się kończy? W Sądzie Najwyższym lub Naczelnym Sądzie Administracyjnym.

Ilu takich pracowników jest teraz na UW?

Kilkudziesięciu. Ja nie uważam, że sędziowie TK, NSA czy SN z założenia są osobami podejrzanymi czy nieodpowiednimi do zatrudnienia na uczelni. Nie rozumiem jednak, jaki jest sens odbierania szkole wyższej decyzji, czy chciałaby taką osobę zatrudnić i na jak długo.

Zamiast dać sędziom wysoką emeryturę, parlament załatwia pracę na uczelni.

O nie. Pozostaje wynagrodzenie związane ze stanem spoczynku sędziego, a etat na uczelni jest dodatkiem.

Nie obawia się pan, że wydziały prawa będą teraz torpedować decyzje tych pracowników, którzy będą otrzymywali propozycje pracy w TK, SN i NSA?

Myślę, że osoby, które są sędziami w tych trzech instytucjach, zostają ostemplowane taką łatką jak kiedyś „marcowi docenci”. Teraz będą „lipcowi pracownicy”. Im to nie jest do niczego potrzebne. To krzywdzi tę grupę, bo jej członkowie będą widziani jako osoby, które z powodów niemerytorycznych mają olbrzymie przywileje.

Konferencja Rektorów Akademickich Szkół Polskich wydała ostre stanowisko w sprawie tej poprawki. Czy będą jeszcze jakieś działania?

Te przepisy powinny podlegać nowelizacji. Będziemy zabiegać, żeby jak najszybciej je zmieniono. To zbyt daleko posunięta ingerencja w autonomię uczelni, która przyćmiewa dobre rozwiązania ustawy.

Przykładowo?

Uprawnienia do otwierania kierunków studiów i nadawania stopni naukowych będą zależały nie od liczby zatrudnionych pracowników, ale od tego, jaka jest jakość nauki i badań w danych jednostkach. Dobra jest koncepcja szkół doktorskich, a także możliwość federalizowania się jednostek, co dla Uniwersytetu Warszawskiego jest niezwykle ważne w kontekście współpracy z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym. Niedobrze byłoby, gdyby systemowe rozwiązania padły ofiarą kilku niekorzystnych poprawek. Prawdopodobnie to był powód, dla którego one w ogóle się pojawiły – zostały przyjęte, bo stawką były kwestie fundamentalne, na których bardzo wielu osobom zależało. Zresztą tę szkodliwą poprawkę o zatrudnieniu sędziów prawie udało się odrzucić.

Zabrakło tylko kilku głosów, by upadła. I szkoda, że tak się nie stało.