Nie było też marszałka Komorowskiego podczas Apelu Pamięci na placu Piłsudskiego w Warszawie i premiera Tuska na gali Lecha Kaczyńskiego - a ich nikt nie przeganiał i obaj powinni tam być. Ale to wszystko, śmiem twierdzić, małe, niewarte pamiętania sprawy. I dobrze, że choć na chwilę tabloidalne zazwyczaj portale internetowe musiały wczoraj przybrać inny ton. Bo to jeden z tych nielicznych dni, kiedy od liderów naszego państwa mamy prawo oczekiwać poważnych definicji spraw dla państwa i narodu zasadniczych. Tak właśnie odczytuję sens świętowania rocznicy odzyskania niepodległości - jako moment, gdy na nowo podejmujemy próbę odczytania znaczenia słów, takich jak niepodległość, państwo, naród i demokracja. I pytań: skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy? Bez tego zostaje czyste przedstawienie, chwilami i poruszające, ale swoją wagą ograniczone do czczenia pamięci przodków.

Najważniejsze (formalnie i nie tylko) było wczoraj wystąpienie prezydenta na placu Piłsudskiego. Tym razem Lech Kaczyński wyciągnął wnioski z poprzednich przemów rocznicowych, kiedy zbyt mocno wplatał bieżącą politykę w swoje przesłanie. I w dobrej mowie powiedział kilka ważnych rzeczy. Że tamta porozbiorowa niepodległość nie była dana, ale wywalczona. Że patriotyzm nie oznacza nacjonalizmu, bo "nacjonalizm, a jeszcze tym bardziej szowinizm, bierze się z nienawiści, patriotyzm bierze się z miłości, z poczucia utożsamienia się ze wspólnotą". I wreszcie - że także będąc w Unii Europejskiej, która, co wyraźnie podkreślił, jednoczy państwa, patriotyzm nie zanika, bo poszczególne kraje wciąż ze sobą konkurują.

Wielu się pewnie z tymi diagnozami nie zgodzi, ale jedno jest bezsprzeczne - są one klarowną wizją polskości i patriotyzmu. I trochę szkoda, że nie znalazła się okazja, by i premier Donald Tusk zarysował w równie poważnym tonie własną wizję, swoją diagnozę. Może następnym razem? Na razie musi wystarczyć krótkie wystąpienie wicepremiera Grzegorza Schetyny w Wałbrzychu: "Żyjemy w wolnym kraju, jesteśmy wolnym narodem, państwem dumnym, który jest częścią zjednoczonej Europy. To wielkie dla nas wyzwanie".

To prawda. Bo jeśli jakaś lekcja płynie dla mnie z historii walk o niepodległość, to taka, że Polacy przegrywali zawsze, gdy uznawali, że Polska i polskość same się obronią, przetrwają niezależnie od nich. To paradoks, bo oznacza, że aby polskie państwo było silne, trzeba najpierw uznać, że jest ono na tyle słabe, że wymaga ciężkiej pracy. Ale tak właśnie moim zdaniem jest. Dzisiaj także.