Sytuacja, w której premier jeździ na nartach podczas kryzysu gazowego jest co najwyżej niezręczna, natomiast nie przypisywałbym jej wagi jakiegoś dramatu. Byłoby oczywiście lepiej, gdyby Donald Tusk był w tym czasie w Warszawie (przerywając swój urlop mocno by z resztą zapunktował), ale też trzeba mieć na uwadze, że Polska jest dziś w zupełnie innej sytuacji niż np. Słowacja. Tam takie zachowanie szefa rządu trzeba by uznać za karygodne. W Polsce w sprawie gazu uaktywnił się prezydent, wicepremier i minister spraw zagranicznych. Gdyby włączył się jeszcze premier być może naraziłby się na zarzuty, że chce pozbawić należnej roli pozostałe ośrodki władzy i nie daje pobłyszczeć Radkowi Sikorskiemu.

Rosja już nie raz zakręcała gazowe kurki. Trudno się było spodziewać, że tym razem skutki konfliktu rozleją się na pół Europy. Premier oczywiście widzi co się dzieje, ale też - chyba słusznie - założył, że Polsce nie grozi poważne niebezpieczeństwo. Powinien pewnie być ostrożniejszy, bo już wyprawa do Peru spotkała się z krytyką mediów. Był to wszak pierwszy symptom tego, że miodowy miesiąc rządu PO się skończył. Słowa krytyki dziś formułowane pod adresem Donalda Tuska są właśnie echem wówczas stawianych zarzutów. Premier powinien się więc przyzwyczaić do sytuacji, w której dziennikarze i komentatorzy nie stosują już wobec rządu taryfy ulgowej, jaką mógł się cieszyć tuż po wyborach.

Tak więc uszczypliwości wobec premiera będą sią powtarzać. I co najwyżej na uszczypliwości właśnie zasługuje jego nieobecność w ostatnich dniach w Warszawie. Do stawiania Tuska pod pręgierzem nie jest to raczej wystarczający powód.