Jednych rozczarowała tandetność demokratycznej polityki, innych nowa hierarchia społecznego uznania z pieniędzmi i karierą na szczycie. Jeszcze inni intensywnie przeżywali tak zwany kryzys wartości. Jak grzyby po deszczu rodziły się kolejne środowiska, które oznajmiały, że w bagnie nie da się żyć i serwowały antysystemowe recepty na lepszy świat. "Arcana" chciały nas cofnąć do epoki sarmackiej, aby z tego szańca bić się nie tylko z lewicą, ale z całą zgniłą nowoczesnością. "Fronda" uważała, że konserwatywna rewolucja to dobry pomysł, ale musi ją poprowadzić poważny lider, czyli sam Pan Bóg. Ale nie ten posoborowy, miękki i poprawny, który układa się z innymi bogami, ale ten surowy z epoki kontrreformacji.

Inaczej widziało Polskę środowisko "Bez dogmatu". Dla niego liberalna demokracja była nad Wisłą jedynie pozorem, tak naprawdę stał tu klerykalny barak, którym zarządzał Kościół. Jego władzę, jak sądzono, obalić można, tylko uderzając w serce religii, w samego Boga. Co kwartał w "Bez dogmatu" pojawiały się kolejne dowody na jego nieistnienie, które w polskich klerykalnych duszach miały zasiać zwątpienie. Jeszcze twardszy kurs obrało "Lewą nogą". Trzeba iść drogą Marksa i pod kapitalistyczny świat podłożyć dynamit. Autorzy opisywali świat pojęciami marksowskimi i sami dowiedli ich siły, przechodząc do pracy w wielkich koncernach.

Osobliwością było to, że równie ostro kontestowało samo centrum polskiego życia intelektualnego. Ostentacyjnym antyliberalnym buntownikiem ogłosił się Ryszard Legutko. Jego śladem poszli Zdzisław Krasnodębski i Jarosław Marek Rymkiewicz. Wiele tekstów z marzeniami o konserwatywnej rewolucji publikowało dawne "Życie" - sam napisałem kilka. Dzisiaj takie tezy lubi "Rzeczpospolita". Z kolei "Gazeta Wyborcza", twardo broniąc realiów, oddawała się kontestacji zastępczej i symbolicznej przez okazywanie lojalności wobec politycznych wyborów pokolenia komunistycznej inteligencji. Nawet identyfikujący się z nową Polską inteligenci musieli łączyć kult liberalizmu z kultem generałów.

Coś nieusuwalnie buntowniczego było w nas, Polakach wychowanych przez PRL i "Solidarność". Ale bunt ten miał też osobliwe cechy, zupełnie nowe w porównaniu z PRL. Po pierwsze był buntem dla rzeczywistości całkowicie niegroźnym. Po drugie niegroźny był też dla samych buntowników. Wręcz przeciwnie, okazało się, że żyjemy w rzeczywistości, która takie bunty nagradza. Nikt nie robił większych karier niż antysystemowi dziennikarze, politycy czy intelektualiści. Tak zwany salon okazał się największym mitem, jego prominentne postaci z uniwersytetu do swych mieszkań w bloku wracają autobusami. Ich odważni wrogowie, którzy stylizują się na mieszkańców katakumb, zazwyczaj mają się znacznie lepiej.

To nie kapitalizm zrobił z buntu chodliwy towar, ale polscy inteligenci, którzy oczekiwali od nowej Polski dostarczania im dawnych wrażeń, a także podtrzymywania ich niegdysiejszej ważności. Nawet ci, którzy byli lojalni wobec nowej rzeczywistości, heroizowali swoje bierne "tak", stroili się w kostium obrońców demokracji zmagających się z potężnym wrogiem. Wiotkie ramiona liberalnej inteligencji ratowały jeszcze bardziej wiotką demokratyczną roślinkę. Kto jej zagrażał? Czy po dwudziestu latach ktoś pamięta imię wroga?

Dziś większość polskich inteligentów może już przyznać, że miała w ostatnich dwóch dekadach w swoim życiu epizod Lucusia, owego buntownika z Mrożka, który czuje się bohaterem, bo w lesie na śniegu napisał patykiem: "Generał Franco wam pokaże". Ale to nie jest wielki problem, Czesi są śmieszni w swoim realizmie, my w romantyzmie, to już taka nasza narodowa forma.

Jednego się można było przez te dwadzieścia lat nauczyć. Jak natrafimy na inteligenta z misją, na przykład takiego, który chce uratować Polskę przed Unią Europejską i jej moralnym upadkiem, najpierw patrzymy na markę jego garnituru, pytamy, czy ma w domu basen i ile godzin tygodniowo występuje w telewizji. Jeśli wypada powyżej średniej, na 95 procent jest koncesjonowanym buntownikiem, który nie marzy o rewolucji, ale z tego marzenia żyje.

Robert Krasowski