Redakcje stają oczywiście przed pytaniem: jak reagować? Odpowiedź brzmi jak banał: pisać prawdę i jak najrzadziej używać słowa "ale". Nie pisać: "Palikot jest chamem, ale...". Bo to oznacza relatywizację najbardziej skandalicznych postępków. Wystarczy, że przewiny swoich kolegów zawsze rozmydlają partyjni propagandyści.

W tym konkretnym przypadku - mamy Janusza Palikota kreującego się na bezkompromisowego Stańczyka naszych czasów. Mamy osobę, która chce, by ją widziano jako ekscentrycznego filozofa, demaskującego fałsz polityki. Szalonego, ale szczerego. Otóż ten obraz jest nieprawdziwy i o tym media mają moralny obowiązek pisać. Informować wyborców, że ów Stańczyk to stworzona na zimno kreacja, wykalkulowany ambicjoner, który dzięki pieniądzom i wsparciu partyjnych bossów ma opluwać i oczerniać przeciwników. A cała jego szczerość i odwaga kończy się, gdy dotyczy to jego własnej partii. Przecież rzekomo szalony Palikot nie atakuje ludzi, którzy są ważni w Platformie. Jakoś wtedy wie, gdzie się zatrzymać.

Pokazanie, jaki Palikot jest naprawdę, będzie dla niego boleśniejszą karą niż bojkot. Ten szybko się skończy (o ile się zacznie). Zdemaskowanie pozy Palikota może być też skuteczniejsze. On sam, osoba bezsprzecznie inteligentna, nie będzie podejmował wysiłków bezcelowych. A dalsze udawanie Stańczyka, gdy opinia publiczna zostanie przekonana, że to tylko poza, straci wszelki sens.

A jeśli ktoś ma bojkotować teraz Palikota, to niech robią to jego partyjni koledzy. Szczególnie ci ważni. To byłby jedyny skuteczny bojkot.