Izrael posłuchał Waszyngtonu, UE, krajów arabskich i tysięcy manifestantów, a może także doszedł do wniosku, że cele jego militarnej ofensywy w Strefie Gazy zostały częściowo zrealizowane. I wprowadził jednostronny rozejm. Do momentu, w którym na izraelskie miasta znowu nie poleciały rakiety Hamasu. Wtedy Izrael znowu uderzył. Hamas mówi, że żadnego rozejmu nie będzie, dopóki Izraelskie wojska nie wycofają się ze Strefy Gazy.

Zgoda, że rozejm nie jest pokojem, zgoda, że Izrael znowu musi powrócić do ryzykownego ale koniecznego eksperymentu z Autonomią Palestyńską. Zgoda, że izraelskie czołgi muszą Strefę Gazy opuścić. Ale zanim tam wjechały, Hamas też nie chciał żadnego rozejmu i zamiast budowaniem administracjji, wydawaniem pieniędzy z całego świata na poprawienie poziomu życia własnego narodu, zajmował się składaniem i montowaniem rakiet, do których części i skromne know how otrzymywał z dumnego Iranu i Syrii, która, mimo że nie jest już bazą wypadową ZSRR na Bliskim Wschodzie, także pragnie w wielkiej polityce o sobie przypomnieć.

Żydzi z Autonomii przed paru laty odeszli. Fatah zrozumiał, że jest to niebywała okazja dla Palestyńczyków na rozpoczęcie budowy własnego państwa. Ale Hamas nadal skupia się na palestyńskiej krzywdzie i nienawiści do Żydów, podobnie jak Teheran, który Palestyńczyków używa jak zwyczajnych narzędzi.

Irlandczycy też przez pewien czas po odejściu Anglików próbowali uzasadniać własne niepowodzenia angielską niewolą. I źle na tym wychodzili. A powiodło im się dopiero wówczas, kiedy odpowiedzialność za własne losy wzięli na siebie. Niektórzy Polacy także, zamiast budować własne państwo i odpowiadać za własne błędy, pozostają na etapie "wybili, panie, wybili".

Palestyńczycy mają dzisiaj bez porównania większe powody, żeby skupić się na nienawiści do Żydów, zamiast na budowaniu własnej administracji, gospodarki czy społeczeństwa. Kiedy po 1945 roku Żydzi masowo wrócili na Bliski Wschód i zaczęli budować własne państwo na terenach od wielu wieków zamieszkanych przez Arabów, Arabowie nie wiedzieli, dlaczego to oni mają pokutować za Holocaust urządzony Żydom przez Niemców przy bierności wielu innych zachodnich narodów, łącznie z Amerykanami.

Historia Bliskiego Wschodu przez następne pół wieku to historia bezsilności polityki i tryumfu przemocy. Ale tak jak porozumienia z Camp Dawid zakończyły nieustającą wojnę pomiędzy Izraelem i Egiptem, tak Autonomia mogła stać się początkiem końca konfliktu palestyńsko-żydowskiego. Konfliktu o wiele trudniejszego do zakończenia niż konflikt egipsko-izraelski, bo serce państwa żydowskiego - Jerozolima i jej okolice - jest jednocześnie sercem państwa palestyńskiego. Ale Autonomia ten pokojowy eksperyment rozpoczynała, Fatah to zrozumiał, Hamas nie, a Teheran celowo palestyńską nienawiść podsyca, finansuje i uzbraja. Bo także duma ajatollachów wyraża się w resentymencie i nienawiści wobec Zachodu (a Żydzi są przez Iran traktowani jako przyczółek Zachodu na ziemi Islamu), zamiast w rozwiązywaniu własnych problemów.

Od razu po rewolucji Chomeiniego duma Teheranu wyraziła się w wieloletniej wojnie z Bagdadem, w której Bagdad walczył o wyższość arabskiego socjalizmu nad perskim islamem, a Teheran odwrotnie. Tę wojnę Bagdad rozpoczął, ale natychmiast także Chomeini uczynił z niej wygodne narzędzie własnej legitymizacji. Zginęły w niej miliony Irańczyków i Irakijczyków, a obie strony - dumny Bagdad i dumny Teheran - zgadzały się na bycie dojnymi krowami amrykańskiej i rosyjskiej zbrojeniówki, poligonem testowym rosyjskiego, amerykańskiego i zachodnioeuropejskiego sprzętu wojskowego. Można się tak bawić wiecznie. Można budować swoją dumę na resentymencie wobec Zachodu i Żydów czy różnych swoich islamskich współbraci (bo są heretykami i konkurentami), a nie próbując wyjść z własnego zacofania. Rozumiem Teheran i Hamas, bo sam znam ludzi, którzy takiego wyboru dokonują w Polsce. Tyle że nasi "hamasowcy" i "ajjatolachowie" są całe szczęście tchórzliwsi. Chcą jeść smaczne liberalne ciasteczko i jednocześnie je dumnie potępiać. Jeździć limuzynami w garniturach od Hugo Bossa za kasę zarobioną w reklamie i mediach, a jednocześnie potępiać "Sodomę konsumeryzmu" w imię "nieludzkiego Boga" i "przednowoczesnego ładu wczesnochrześcijańskiego". Prawdziwi hamasowcy tego nie potrafią, do takiej hipokryzji nie są zdolni, więc przywiązują sobie do pasa dynamit albo własne narody wykorzystują jako żywe tarcze.

Ale jeśli tysiące ludzi potrafi manifestować przeciwko brutalności Izraela - czasem rzeczywiście szokującej i wymagającej protestu - to czemu te same tysiące ludzi nie potrafią wyjść na ulice, żeby zaprotestować przeciwko brutalności Hamasu i Teheranu? Brutalności pozbawionej jakiejkolwiek pozytywnej wizji, brutalności będącej tylko narzędziem apokaliptycznego resentymentu ludzi, który chcieliby zniszczenia całego świata, bo w tym świecie sami nie potrafili się mentalnie odnaleźć.