Nad raportem, który miał być dowodem nadużyć poprzedniej ekipy, minister Pitera pracowała pół roku. Efekt? Mizerny – raptem sześć stron dokumentu. Nie ma mowy o szoku, którym jeszcze we wtorek straszyła Pitera, mówiąc, że odechciało jej się publikacji raportu: „Po analizie rządowych kart kredytowych obraz jest tak żałosny i straszny, że nie chcę nim straszyć” – tłumaczyła.

Według raportu, wydatki z kart członków rządu PiS w latach 2006-2007 wyniosły 1,4 mln złotych. Z tej sumy na cele prywatne poszło około 20 tysięcy złotych. 95 procent tej kwoty została zwrócona. Do zwrotu pozostało więc zaledwie 1000 zł.

Co kupowali sobie urzędnicy? Według raportu, wiceminister rozwoju regionalnego Tomasz Nowakowski wydał 72 zł na farfalle łososiowe i kalmary z sosem alioli. Służbową kartą zapłacił też ponad 1000 zł za trzy opakowania drogich perfum (na rachunku widnieje dopisek "faktura za upominek na spotkanie służbowe”). Wątpliwości budzą też inne wydatki Nowakowskiego: pled wełniany za 1200 zł, biżuteria za 2379 zł i krawaty za 300 zł.

Pitera wytyka też ministrowi gospodarki Piotrowi Woźniakowi, że w warszawskiej restauracji Szpulka wydał 32 złote na dwie szklaneczki whisky i dwie herbaty. Opłaty dokonano o godz. 23.29 – skrupulatnie odnotowuje Pitera w swoim raporcie.

Pani minister podpadł też były szef resortu infrastruktury Jerzy Polaczek, który służbową kartą zapłacił prawie 620 zł za spinki do mankietów. "To był prezent, który wręczyłem jednemu ze swoich odpowiedników, ministrów transportu” – tłumaczył Polaczek w TVN24. „Chętnie ufunduję bilet lotniczy pani minister do jednej ze stolic europejskich, żeby mogła odnaleźć te rzeczone spinki” – dodał złośliwie.

W sumie ministerstwa miały do dyspozycji 223 karty kredytowe, którymi posługiwało się 221 osób. Plastikiem urzędnicy płacili głównie za hotele, usługi gastronomiczne i usługi transportowe, a także zakupy paliwa do samochodów służbowych, materiały i wyposażenie oraz za tzw. wydatki reprezentacyjne.

Z raportu wynika, że obroty na kartach nie przekroczyły przyznanych miesięcznych limitów.

Raport jako sensację pokazującą "nadużycia" poprzedniej ekipy Pitera zapowiadała od kilku miesięcy. Wczoraj w mediach oświadczyła, że raportu nie opublikuje, bo jest za bardzo szokujący.

"Po analizie rządowych kart kredytowych obraz jest tak żałosny i straszny, że nie chcę nim straszyć" - powiedziała dziennikowi "Metro". Następnego dnia raport się ukazał i - jak się wydaje - nie ma w nim "strasznych rzeczy". Poza tym w dokumencie nie ma wydatków ministrów gabinetu Tuska.