Kamila Wronowska: Czytał pan, co Piotr Gontarczyk i Sławomir Cenckiewicz, autorzy książki „SB a Wałęsa. Przyczynek do biografii”, znaleźli w archiwach służb specjalnych PRL i III RP na pana temat?
Lech Wałęsa*:
Czytałem.

W czerwcu 1992 r. po raz pierwszy miał pan zażądać dostępu do dokumentów SB na swój temat. Tak trafiły one do Belwederu. Autorzy książki twierdzą, że teczkę pan zwrócił zdekompletowaną. Zabrał pan jakieś dokumenty?
Ale wcześniej jest napisane, że autorzy biorą to wszystko z jakiegoś opisu, kiedy byłem internowany. Nie czytała pani tego?

Czytałam. Ale chcę, by pan odniósł się do zarzutu, że zabrał pan jakieś dokumanty ze swojej teczki.
Ale jak się nie zacznie od tego, że jest to na bazie rozpiski w momencie internowania mnie, to się do niczego nie dojdzie.

Ja pytam o moment, gdy pożyczał pan teczkę.
A nie miałem prawa?

Po co ją pan pożyczył?
Bo miałem ochotę.

Zarzut jest taki, że oddał pan teczkę, ale niekompletną.
Nie kwitowałem pojedynczych kartek, tylko kwitowałem całość. Kiedy zorientowałem się, że na dokumentach wychodzi ich podrabianie, dałem polecenie sekretarce, żeby je zapakowano, olakowano i napisano, żeby nikt ich nie ruszał. Gdybym chciał wyprowadzić jakiś dokument, to bym nie zrobił takiego numeru. I co było dalej: prawdopodobnie jakiś ciekawski esbek otworzył to, zorientował się, że w dokumentach wychodzi podrabianie, zniszczył te dokumenty i zrzucił to na mnie. Bo najlepiej tak powiedzieć. Ale dowód na to, że jest to bzdura, mam jeszcze inny. Otóż w 2000 r. byłem lustrowany. Gdyby coś podobnego miało miejsce, wtedy by to wyszło. Nizieński by nie odpuścił [Bogusław Nizieński był wtedy rzecznikiem interesu publicznego ds. lustracji - przyp. red.].

O tym, że nie oddał pan wszystkich dokumentów, miał informować też w 1996 r. ówczesny minister spraw wewnętrznych Zbigniew Siemiątkowski.
Takie bzdury można opowiadać. Ale dla mnie dowodem jest sprawa lustracyjna.

Siemiątkowski zwracał się do pana, by oddał pan brakujące materiały?
Nic takiego nie miało miejsca.

Wszystkie dokumenty zwrócił pan do UOP?
Tak. I jeszcze jedna uwaga: ja nie dostałem 85 czy 100 tomów. Dostałem ksero paru dokumentów. Podkreślam, ksero, a nie oryginały.

Pana zdaniem Cenckiewicz i Gontarczyk napisali nieprawdę?
Ta książka to paszkwil. Bo gdyby była to prawda, odnotowano by ją w sprawie lustracyjnej.

Kłamstwo to poważny zarzut pod adresem historyka.
Ale przecież oni zaczynają od stwierdzenia, że cały materiał oparty jest na kwestionariuszu ewidencyjnym z mojego internowania. To jest ważne. Bo kwestionariusz internowania, jak sama nazwa wskazuje, powstaje w czasie internowania. W momencie internowania byłem łamany na wszelkie sposoby, ale się nie dałem. Kiedy wychodziłem, ich ostatnie stwierdzeniem było takie: no, zobaczymy, jak pana koledzy zareagują na agenta Wałęsę. I potem zawożą do pani Walentynowicz podrobione dokumenty. Od tego się zaczyna. Ale mnie nie zastraszyli. No to robią ciąg dalszy. A początek tej afery umiejscawiają tak daleko, aby nikt nie mógł doszukać się świadków. Bo oni już nie żyją. To cała sprawa. Ale wszyscy wolą wiedzę esbecką. Więc ogłaszam wszem i wobec: SB podrabiało dokumenty na mój temat na polecenie władz PRL. A jak podrabiano, to i początek, i środek, i koniec.

Za "Bolka” chce pan pozwać do sądu i prezydenta, i prezesa IPN. Autorów książki też?
Szukam jakiegoś prawnika, który ma mało pieniędzy. Dam mu upoważnienie i niech wyciągnie, ile się da od tych, którzy bzdury piszą. Ja nie mam siły. Nie chce mi się.

Nie chce się panu?
A co ja mogę więcej chcieć? Nobla mam, medali więcej niż Leonid Breżniew, dwie profesury. Po co mi więcej?

*Lech Wałęsa, pierwszy przywódca "Solidarności", były prezydent