Trzech prokuratorów, policja, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego - wszyscy, według "Newsweeka", tropili spisek. Cała afera zaczęła się, według tygodnika, gdy prokuratorzy poinformowali ministerstwo, że świeżo nominowany prokurator okręgowy Wacław Wiechniak miał wziąć łapówkę. Minister uznał to za prowokację.

Według "Newsweeka", krakowscy politycy PiS uznali, że prokuratorzy, którzy notatkę napisali, muszą być powiązani. Dwóch uznali za komunistów, a trzeci miał być człowiekiem Zbigniewa Wassermanna - twierdzi tygodnik. Choć w rzeczywistości prokuratorzy się nie znali, to wystarczyło - według "Newsweeka" - by wszcząć śledztwo. Pokierowali nim Robert Hernand i Robert Płoch: dwaj śledczy z darzonego przez Ziobrę szczególnym zaufaniem wydziału antymafijnego Prokuratury Okręgowej w Katowicach.

Pomimo gigantycznych sił rzuconych na Kraków nie udaje się dowieść tezy o spisku. Nie pomagają kaskadowe przesłuchania kilkunastu krakowskich prokuratorów oraz analizy ich bilingów. Nie pomagają próby wyciągania informacji od lokalnych dziennikarzy, gorąca linia z ministerstwem oraz wzywanie funkcjonariuszy ABW, w tym Janusza Noska, dzisiejszego szefa Służby Kontrwywiadu Wojskowego - twierdzi tygodnik.

Gdy jednak śledztwo nie potwierdziło winy Wiechniaka, Ziobro rozliczył prokuratorów. Jednego z nich przeniesiono do ministerstwa, drugiego zawieszono za to, że zbyt późno poinformował resort o zarzutach wobec Wiechniaka - komentuje "Newsweek".

Ziobro nagrodził jednak Hernanda i Płocha. Pierwszy już w styczniu 2006 r. został szefem Prokuratury Okręgowej w Gliwicach, drugi - jego zastępcą. Rok później obaj otrzymali kolejny awans. Dołączyli do ścisłej elity jedenastu najważniejszych śledczych w Polsce, czyli prokuratorów apelacyjnych. Płoch objął stanowisko w Rzeszowie, Hernand we Wrocławiu - i to pomimo negatywnej opinii kolegium miejscowych prokuratorów, którzy otwarcie zbuntowali się przeciw Ziobrze - twierdzi tygodnik.