Malezja, 1999 rok. Ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski spotyka się z biznesmenami azjatyckiego tygrysa. Dla nich jest gościem egzotycznym: były członek komunistycznego reżimu, rządzący dawnym demoludem, który zmierza teraz do Unii Europejskiej. – Dlaczego pan, były komunista, wprowadza gospodarkę rynkową? – pyta jeden z przedsiębiorców. – Bo kto w młodości nie był socjalistą, ten na starość będzie draniem – odpowiada Kwaśniewski.

To zdanie przypisywane jest nie tylko Józefowi Piłsudskiemu, lecz także kanclerzowi Ottonowi von Bismarckowi. Kilka dekad temu doskonale obrazowało drogę od politycznego idealizmu do prozy rządzenia. Okazuje się, że aktualne pozostaje także i dziś, bo od kilku tygodni z ust liderów PO i PiS płyną słowa wskazujące, że obie partie „skręcają” w lewo. – Władza jest po to, aby zapewnić ludziom bezpieczeństwo, także socjalne – mówił ostatnio Jarosław Kaczyński. Z kolei Donald Tusk, dawny szef Kongresu Liberalno-Demokratycznego, w wywiadzie dla „Polityki” stwierdził nieoczekiwanie, że im dłużej jest premierem, tym „bardziej staje się w jakimś sensie socjaldemokratą”.

Dlaczego zwrot w lewo stał się trendy? Odpowiedź jest krótka: zła sytuacja gospodarcza. – To działanie wymuszone przez kryzys, który pełza wokół Polski. Także premier Tusk płynie z wiatrem, który wieje na świecie – mówi politolog Antoni Dudek.

Polskę dopadło spowolnienie gospodarcze największe od lat 90. Jego skala jest większa zarówno od tego z 2001 r., gdy usłyszeliśmy o słynnej dziurze Bauca (potoczne określenie planowanego deficytu budżetowego przedstawione przez ministra finansów Jarosława Bauca – red.), ale też od tego w 2009 r., kiedy wokół nas szalał światowy kryzys w swoim apogeum. Liczba osób bez pracy jest najwyższa od sześciu lat: jeszcze rok temu w maju bezrobocie wynosiło 12,6 proc, dokładnie po roku jest o niemal 1 pkt proc. wyższe. Zmniejszyła się liczba biznesowych działań obarczonych dużym ryzykiem, choć mających przynieść większy zysk. Wolimy trzymać się tego, co mamy, i szukamy przede wszystkim bezpieczeństwa. Pokazują to dane GUS, według których znacząco spadła liczba osób poszukujących nowej pracy z wyższym wynagrodzeniem. – Rząd stara się zdyscyplinować wskaźniki budżetowe, ale wskaźniki makro coraz bardziej rozchodzą się od odczuć Polaków – tłumaczy politolog Kazimierz Kik.

Najprostsza strategia

To wszystko ma przełożenie na politykę. – Gdy sytuacja gospodarcza będzie się pogarszać, będziemy mieli do czynienia ze wzrostem prosocjalych żądań – mówi Marcin Duma, prezes ośrodka badania opinii publicznej Homo Homini. – Na dodatek wszystkie sondaże – te dotyczące oceny sytuacji w kraju i te dotyczące preferencji wyborczych – są teraz zdominowane przez poczucie kryzysu – dodaje politolog Norbert Maliszewski. Politycy odczytują sygnały, stąd taktyczny skręt w lewo. – W trudnych czasach od państwa oczekuje się troski o obywatela – zapewnia Krzysztof Kwiatkowski z PO. Podobne opinie słychać w PiS. – Ludzie chcą mieć poczucie bezpieczeństwa i oparcie w państwie – deklaruje Joachim Brudziński.

Dla PIS sprawa jest stosunkowa prosta. Już w 2005 r. partia Jarosława Kaczyńskiego wygrała kampanię, podcinając nogi prowadzącej w sondażach PO hasłem „Polska solidarna, a nie liberalna”. I partia Kaczyńskiego wraca dziś na ten kurs. – Ważne jest teraz poczucie bezpieczeństwa socjalnego i solidarności społecznej – mówi Brudziński.

PiS punktuje PO przede wszystkim za kłopotliwe aspekty życia społecznego. Do ostatniego posiedzenia Sejmu wprowadziło debatę na temat „Braku działań rządu zmierzających do ograniczenia zakresu podmiotowego i przedmiotowego biedy w Polsce”. Podstawą był majowy raport GUS, z którego wynika, że w latach 2011–2012 przybyło 400 tys. osób żyjących w skrajnej biedzie. W retoryce PiS rządzące ugrupowanie chroni bogaczy i nie troszczy się o zwykłego człowieka. Dlatego PiS nie tylko wskazuje negatywne zjawiska jako efekt słabości rządu, lecz także próbuje torpedować jego politykę. Stąd po okresie ochłodzenia ponowny alians z „Solidarnością”. – Polityka liberalna w Polsce poniosła klęskę. Trzeba iść w stronę socjalną – mówił na wspólnej konferencji szef związku zawodowego Piotr Duda. W ramach sojuszu związkowcy mogą liczyć na sprzeciw PiS wobec wprowadzanych przez rząd zmian mających uelastycznić zmiany kodeksu pracy.

Ale punktowanie potknięć rządu to tylko jeden element strategii, drugim jest przedstawianie własnych propozycji. Sejm głosami koalicji odrzucił projekt ustawy PiS o narodowym programie zatrudnienia, który miał zaowocować stworzeniem aż miliona nowych miejsc pracy. Jednak zdaniem rządu jego skutki finansowe były nierealistyczne i raczej pracy by ubyło, niż przybyło. Program przewidywał m.in. preferencyjne kredyty i pożyczki, stypendia edukacyjne dla młodzieży z obszarów zdegradowanych ekonomicznie. – Można podjąć walkę z bezrobociem i trzeba ją podjąć właśnie na takich terenach jak ten. Tu walka jest łatwiejsza i tańsza niż w wielkich miastach – mówił Jarosław Kaczyński na spotkaniu z mieszkańcami miejscowości Kowala Kolonia. PiS opracowało własny projekt polityki prorodzinnej znacznie zwiększający ulgi i odliczenia na dzieci.

Wiele z tych propozycji branych osobno jest sensownych, ale w całości są one na tyle kosztowne, że nierealne. Ale politycy partii Jarosława Kaczyńskiego liczą, że podobnymi hasłami zwabią nawet dawnych wyborców PO. Tych dobrze zarabiających, wykształconych, z dużych miast, dla których w 2007 r. PiS był obciachowy, a którzy wówczas kupili mieszkania na kredyt i po roku 2008 żyli tylko kursem franka.

PO ma mniejsze pole manewru, bo rządzi, każda jej obietnica jest weryfikowana. Ale już widać zmiany w polityce gospodarczej. Dotychczasowa strategia Platformy na wyjście z kryzysu opierała się na unijnych funduszach: miały one rozruszać inwestycje prywatne. To dlatego w ciągu ostatnich lat tak znacznie spadł deficyt, ale zamiast odbicia przyszła kolejna fala spowolnienia. Ale teraz zamiast zaciskania pasa, będziemy mieli do czynienia z polityką luzowania i szukania za wszelka cenę wzrostu.

A to oznacza także, że nie zostaną wdrożone niektóre reformy. – W okresie spowolnienia gospodarczego partie wystrzegają się zmian strukturalnych, które na krótką metę mogą być dotkliwe dla rynku pracy, ale polepszają sytuację w dłuższej perspektywie – mówi ekonomista Jakub Borowski. Choć wydawało się, że i tak szanse na fundamentalne reformy, poza OFE, są marne, to obecna sytuacja i cztery kampanie wyborcze przekreślają te nawet niewielkie nadzieje. Dlatego propozycje zmian emerytur górniczych czy w KRUS dalej będzie pokrywał kurz w ministerialnych szufladach. Nawet próba wprowadzenia do kodeksu pracy na trwałe rozwiązań (np. elastyczne rozwiązanie czasu pracy), które działały w trakcie kryzysu cztery lata temu, napotkała ostry sprzeciw związków, które wyczuły słabość rządu.

Natomiast zmiany w OFE przyniosą doraźne skutki budżetowe, choć wbrew temu, co sądzi wielu ekonomistów, nie w tym, a w przyszłym roku. Ale mimo wszystko pozwolą zmniejszyć dotację do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych, a tym samym deficyt sektora finansów publicznych. Pytanie, czy nie otworzy to drogi do rozdawnictwa zaoszczędzonych pieniędzy, do czego będą kusiły kampanie wyborcze.

Z drugiej strony PO chce uderzyć do wyborców centrolewicowych czy liberalnych światopoglądowo. To do nich adresowane są takie postulaty, jak ustawa o związkach partnerskich czy program w sprawie in vitro. Choć Donald Tuska zakreślił granicę gestów pod adresem takiego elektoratu na Kongresie Kobiet, mówiąc o utrzymaniu kompromisu w sprawie aborcji. – To raczej skręt w lewo socjaldemokratyczny, a nie liberalny ideowo. W następnej kadencji wszystko pójdzie na prawo – mówi jeden z polityków PO.

W lewo, czyli w prawo

Jak wygląda sytuacja w momencie marszu na lewo dwóch największych ugrupowań, które w najbliższy weekend organizują swoje programowe kongresy? W parze PO-PiS doszło do zmiany prowadzącego w sondażach, ale jeśli sprawdzimy wspólne poparcie obu ugrupowań to się ono zmniejsza. Jeszcze niedawno dzieliły między siebie blisko 2/3 sceny politycznej, dziś już tylko połowę. Więc profitów z pójścia w lewo na razie nie widać.

Z kolei PiS i PO zaczynają już odczuwać skutki polityki skrętu w stronę socjalną. Ujawniają się wewnętrzne pęknięcia. Z tej pierwszej odszedł poseł Przemysław Wipler, w drugiej rękawicę „trochę socjaldemokracie” Tuskowi rzucił Jarosław Gowin. Wreszcie zostaje kwestia, na ile skręt w lewo jest szczery. Historia polityki polskiej w tym stuleciu pokazała że ci, którzy dochodzili do władzy, robili coś zupełnie innego, niż wynikało z ich programu. Lewicowy SLD obniżyło podatki dla firm, a solidarnościowe PiS zniosło trzecią stawkę podatku dla najbogatszych. Z kolei liberalna PO zaczęła prowadzić najbardziej interwencjonistyczną politykę z tych wszystkich rządów. Możliwe więc, że zwrot w lewo oznacza, że wektor gospodarki za dwa lata przesunie się w prawo.

********

Malezja, 1999 rok. Ówczesny prezydent Aleksander Kwaśniewski spotyka się z biznesmenami azjatyckiego tygrysa. Dla nich jest gościem egzotycznym: były członek komunistycznego reżimu, rządzący krajem dawnym demoludem, zmierzającym do Unii Europejskiej. – Dlaczego pan, były komunista, wprowadza gospodarkę rynkową? – pyta jeden z przedsiębiorców. – Bo kto w młodości nie był socjalistą, ten na starość będzie draniem – odpowiada Kwaśniewski. Ale nie dodaje drugiej części tego powiedzenia: że kto lewicowcem pozostał na starość, ten jest durniem.

Za tydzień: o tym, dlaczego Polska jest państwem ćwierćsocjalnym