Bieńkowska zdaje sobie sprawę, że teraz będzie rozliczana z każdego faceta, który będzie wsiadał do pociągu przez okno.

Wczoraj mi radzono, żebym nie mówiła, że się boję, że się denerwuję. Ale musiałabym być nienormalna, gdybym się nie obawiała (...) Oczywiście, że się obawiam. Zawieje, zamiecie, zamarznięty, przepraszam, kibel w pociągu. To będą teraz nasze sprawy - mówi bez owijania w bawełnę minister

Kiedy przychodziłam do mojego ministerstwa sześć lat temu, wydawało mi się znane. Znałam ludzi, znałam materię. A ile zrobiłam tam zmian! Na zmiany nastawiam się też w Ministerstwie Transportu, to nieuniknione. Łączymy dwa organizmy, jeden będzie mniejszy. Jakieś zmiany jak każda wściekła kobieta przeprowadzę. Większość rzeczy, nawet wszystkie, które się dzieją w tym ministerstwie, znam. Wszystkie pieniądze, które idą na koleje i drogi, idą przeze mnie - dodała.

Elżbieta Bieńkowska przy okazji wyznaje, że... nie czuje się politykiem. 

Wyjdę może na blondynkę, ale wciąż nie uważam się za polityka. Wiem, gdzie jestem, gdzie awansowałam, doceniam to, jak mówił mi ojciec: w Mysłowicach to tylko Hlond i ja. Ale to normalna praca. Jestem w tym środowisku od sześciu lat, otaczają mnie normalni ludzie, głupi i mądrzy, źli i dobrzy. Z uporem nie będę się nazywać politykiem, choć to stanowisko wybitnie polityczne i wszyscy mnie za polityka uważają - powiedziała Bieńkowska.

Deklaruje, że postara się być teraz trochę bardziej widoczna, choć to wbrew jej charakterowi. 

Życie polega jednak na działaniu, a nie na gadaniu. Od wczoraj nie oglądam telewizji, nie czytam gazet. To nie kokieteria, mam tego dość. Moja mama na przykład lubi słuchać o mnie takie przyjemne rzeczy. Ale trzeba się zabrać do spokojnej pracy, a nie czytania, jakim to się jest wspaniałym. Czego zresztą nie robię - stwierdziła w TOK FM Bieńkowska.