W próbkach, zbadanych przez ekspertów z Centralnego Laboratorium Kryminalistyczne Policji nie znaleziono żadnych śladów materiałów wybuchowych, między innymi trotylu, heksogenu, oktogenu czy nitrogliceryny czy substancji będących produktami ich degradacji, mówili przedstawiciele Naczelnej Prokuratury Wojskowej.

Pułkownik Szeląg poinformował, że ekspertyzę fizykochemiczną na ten temat wydało Centralne Laboratorium Kryminalistyczne Policji. Wojskowy dodał, że eksperci zbadali ponad 700 próbek z miejsca katastrofy: gleby, ciał ofiar, wraku samolotu, z pnia brzozy czy z foteli lotniczych. Zaznaczył przy tym, że biegli mieli nieskrępowany dostęp do wraku Tu 154 M, znajdującego się na lotnisku w Smoleńsku oraz do całej dokumentacji.

Na podstawie zebranych danych, biegli uznali, że wrak nie nosi śladów wybuchu punktowego, który miałby być spowodowany działaniem skondensowanych materiałów wybuchowych. Prokurator dodał, że uszkodzenia mechaniczne, charakterystyczne dla burzącej strefy wybuchu, nie są możliwe do oceny, ze względu na zbyt duże podobieństwo do uszkodzeń spowodowanych przez uderzenie maszyny o ziemię.

- Rozłożenie szczątków samolotu i ciał ofiar katastrofy nie noszą cech charakterystycznych dla wybuchu przestrzennego - podkreślił pułkownik.

Według Ireneusza Szeląga wiele nieporozumień wywołała dane o reakcji spektometrów ruchliwości jonów, używanych przez biegłych w Smoleńsku. Pisała o tym "Rzeczpospolita" w artykule "Trotyl na wraku tupolewa". Biegli odnieśli się także do tej kwestii.

Zdaniem ekspertów, z zasady działania tych urządzeń wynika, że każdy związek chemiczny, z którego w procesie jonizacji powstają jony o ruchliwości zbliżonej do ruchliwości jonów materiałów wybuchowych, może być źródłem fałszywie pozytywnego alarmu.

Prokuratura kontra bliscy ofiar

Tymczasem bliscy ofiar obecni na konferencji zarzucali prokuraturze dezinformację. - Jesteśmy zażenowani! - można było m.in. usłyszeć.

- To jest chamstwo, co wyprawia prokuratura. Rodziny dowiadują się z konferencji nieprawdziwych informacji. Jestem zażenowany - przekonywał Stanisław Zagrodzki, kuzyn zmarłej w katastrofie Ewy Bąkowskiej, Poszło  m.in. o informacje dotyczące stężenia tlenku węgla we krwi ofiar. Jego zdaniem, podwyższony poziom CO stwierdzono u kilku osób, a nie - jak twierdzi prokuratura - tylko u jednej.

- Nie jest prawdą, że tak wysokie stężenia tlenku węgla we krwi mogło być wynikiem dyfuzji, tak jak podała prokuratura - krzyczał Zagrodzki.

Inne osoby, w tym m.in  Ewa Kochanowska, wdowa po Januszu Kochanowskim, zarzuciły przedstawicielom prokuratury, że mówiąc o fragmentach skrzydła tupolewa, które utkwiły w brzozie, często używano wyrażeń "podobne" i "zbliżone do".

- Użyłem takich wyrażeń, bo tak mówili biegli. Dla osób nie związanych z prawem karnym może to brzmieć nietypowo, ale sędziowie i prokuratorzy są przyzwyczajeni do takiego ostrożnego formułowania sądów przez biegłych - wyjaśnił pułkownik Szeląg.

Prokuratura czeka jeszcze na kilka zleconych opinii. Chodzi m.in. o dane fonoskopijne dotyczące zapisów rozmów z wieży smoleńskiego lotniska i nagrań z samolotu Jak-40, który lądował w Smoleńsku krótko przed katastrofą Tu-154M. Mają być one gotowe pod koniec lipca.

Za 3 dni przypada 4. rocznica katastrofy, w którym zginął ówczesny prezydent Lech Kaczyński i 95 towarzyszących mu osób.