To pierwszy wywiad udzielony po tym, jak Radosław Sikorski zrezygnował ze stanowiska marszałka Sejmu.

- Groziło nam, że kampania wyborcza będzie grą nielegalnymi taśmami, za pomocą których grupa typów spod ciemnej gwiazdy, wykorzystując media, przy bierności prokuratury i - zdaje się - z jakim wkładem opozycji, próbowała przeprowadzić pełzający zamach stanu. I to się udało zażegnać stanowczymi decyzjami kierownictwa PO, które poparłem, rezygnując z funkcji marszałka - mówi dziś.

Rezygnacja miała związek m.in. z ujawnieniem tzw. afery taśmowej i teraz także do niej odnosi się Sikorski. Przekonuje m.in., że "nagrano setki godzin, a wyjęto tylko najsmaczniejsze kawałki".

- I co się okazało? Że przy kielichu zdarzają się brzydkie słowa czy ploteczki. Wow! Z powodu nieeleganckich wyrażeń oczywiście jest mi głupio (…). Nie porównuję się, ale gdyby nagrano marszałka Piłsudskiego, jak biesiaduje ze swoimi oficerami, to też parę grubych słów by padło. Błogosławiony kraj, który ma takie afery - ocenia w rozmowie z "Newsweekiem".

Podkreśla przy tym, że poza dyplomacją całe życie mówił to, co myśli, a błędem jest to, że przy "rozpowszechnieniu technik, które kiedyś były do dyspozycji tylko służb specjalnych", nie nadąża za nimi prawo.

- Przez to zaniechanie prokuratury ta nowa norma społeczna prowadzi do społeczeństwa inwigilacji totalnej. A inwigilacja i jawność totalna będzie orwellowskim piekłem. Nie wytrzyma jej żadna instytucja, firma ani rodzina - podkreśla.

Sikorski dopytywany o swoje plany, w tym jesienne wybory parlamentarne, zastrzega, że żadnej decyzji jeszcze nie podjął.

- Najpierw muszę się rozpakować, odetchnąć, z dystansem przemyśleć kaskadę ostatnich wydarzeń. Po dziesięciu latach pełnienia służby publicznej zasłużyłem na dwa tygodnie urlopu - kwituje.