Zaangażowanie banków w finansowanie inwestycji w gospodarce to jeden z głównych punktów programu gospodarczego Prawa i Sprawiedliwości. Eksperci PiS nazwali tę część „Finansowanie dla rozwoju”. Przypomina ona trochę program LTRO prowadzony przez Europejski Bank Centralny (nisko oprocentowane trzyletnie pożyczki dla banków komercyjnych) albo system finansowania wprowadzony na Węgrzech (zresztą nazywa się tak samo jak jego węgierski odpowiednik). Tamtejszy bank centralny refinansuje bankom komercyjnym kredyty udzielane firmom, udzielając bankom komercyjnym nieoprocentowanych pożyczek. To pomysł węgierskich władz na wzrost akcji kredytowej, która mocno podupadła po całej serii rządowych decyzji uderzających bezpośrednio w zyski banków, m.in. wprowadzeniu podatku bankowego i restrukturyzacji kredytów walutowych.

Główny zarzut stawiany PiS przez bankowców: „z jednej strony aspirująca do władzy partia liczy na wsparcie kredytowe gospodarki. Z drugiej zamierza obłożyć podatkiem aktywa bankowe, które są w dużej części kredytami udzielonymi przez banki, co jest sprzecznością”.

Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich, zwraca uwagę na węgierski przykład. Jego zdaniem ryzyko jego powtórki w Polsce jest duże.

Jest kilka czynników, które mogą spowalniać wzrost albo nawet zmniejszać tempo akcji kredytowej. Jednym z nich jest nakładanie na sektor bankowy takich podatków, których celem w innych krajach było zdelewarowanie sektora. I tego samego obawiamy się w Polsce, od początku o tym mówimy – powiedział Pietraszkiewicz.

Tym bardziej że – dodaje prezes ZBP – banki już płacą niemało, składając się np. na Bankowy Fundusz Gwarancyjny. Do tego, zwraca uwagę Pietraszkiewicz, politycy chcą obciążyć banki częścią kosztów restrukturyzacji kredytów we frankach. Poza tym muszą wypełniać wymogi określonej wielkości kapitału.

Jeśli skojarzymy te wszystkie obciążenia, to rysuje się niezbyt optymistyczny obraz dla inwestorów. Może to wywoływać u nich niepokój, że sektor bankowy nie będzie się rozwijał w dostatecznie szybkim tempie. A w związku z tym pozyskanie finansowania na rynku krajowym będzie trudne i inwestowanie w Polsce, w tym inwestowanie w sektor bankowy, nie musi być wcale atrakcyjne – dodaje Pietraszkiewicz.

Wątpliwości ekspertów wzbudza też sam mechanizm zaangażowania Narodowego Banku Polskiego w finansowanie akcji kredytowej. Sytuacja w Polsce dalece różni się od tej na Węgrzech czy w strefie euro. Polskie banki nie potrzebują „dolewania płynności” jak ich europejscy konkurenci. Nasz sektor bankowy jest wręcz nadpłynny. NBP w tzw. operacjach otwartego rynku ściąga tę nadpłynność, sprzedając bankom bony pieniężne. W czerwcu było to ponad 76 mld zł, ale jeszcze kilka miesięcy temu kwota ta przekraczała 100 mld zł. Teoretycznie więc banki mogłyby od ręki udzielić kredytów wartych jedną trzecią tego, co założył PiS w swoim programie wspierania inwestycji.

Zresztą polskie banki nie stronią od udzielania kredytów i nie trzeba ich do tego na razie zachęcać na wzór węgierski. Na razie akcja kredytowa rośnie. Wartość pożyczek zaciągniętych przez firmy wyniosła na koniec maja 307,5 mld zł. To o 6 proc. więcej niż rok wcześniej. Poza tym udzielanie bezpośredniego finansowania przez bank centralny bankom komercyjnym nie do końca ma sens, skoro Polska ma jeszcze dodatnie stopy procentowe (referencyjna w NBP wynosi 1,5 proc.). To oznacza, że może prowadzić standardową politykę pieniężną, zmniejszając stopy i w ten sposób wpływając np. na koszt kredytów.

NBP nie chce komentować planów polityków. Ale przedstawiciele banku centralnego odsyłają do badań, z których wynika, że problem z kredytowaniem małych i średnich nie leży po stronie podaży kredytów, tylko raczej wynika z niskiego popytu na taki kredyt. Według raportu NBP „Dlaczego polskie przedsiębiorstwa nie korzystają z kredytu” polskie firmy preferują zachowawczy model rozwoju finansowanego z własnych zasobów. Aż 40 proc. firm bez jakichkolwiek kredytów funkcjonuje stale.