Według niego "cały problem polega na tym, że w porę nie dostrzeżono powagi sprawy". Dodał, że powodów uchybień dopatrywałby się też w małym doświadczeniu Prokuratury Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz i prok. Barbary Kijanko, która była pierwszym referentem prowadzącym sprawę Amber Gold. - W naszej dyscyplinarnej praktyce zdarzają się tego typu sprawy. W jednej ze spraw pani prokurator nie podołała sprawie i rzecz zakończyła się zamachem samobójczym  - mówił.

- A może to pan niewłaściwie ocenił wagę sprawy i niedostatecznie poinformował Prokuratora Generalnego? Czy pan miał świadomość medialności tej sprawy? - zapytała Andżelika Możdżanowska (PSL). Radoniewicz odpowiedział, że znał wagę sprawy, ale sygnalizował tylko problemy, które były do uniknięcia poprzez odpowiednie sformułowanie zarzutów dyscyplinarnych. - O medialności nie (wiedziałem), bo telewizji od kilku lat nie oglądam - dodał.

Radoniewicz zeznał, że ze sprawą Amber Gold pierwszy kontakt miał po nadesłaniu przez rzecznika dyscyplinarnego działającego przy gdańskiej prokuraturze apelacyjnej wniosków o wszczęcie postępowań wyjaśniających dotyczących czworga gdańskich prokuratorów: Barbary Kijanko, Witolda Niesiołowskiego, Marzanny Majstrowicz i Hanny Borkowskiej.

Kijanko była prokuratorem referentem sprawy Amber Gold w Prokuraturze Rejonowej Gdańsk-Wrzeszcz, po tym gdy pod koniec 2009 r. zawiadomienie złożyła Komisja Nadzoru Finansowego; Niesiołowski był szefem tej prokuratury do lutego 2011 r., Majstrowicz była jego następczynią i kierowała tą prokuraturą do września 2012 r. Z kolei Borkowska w Prokuraturze Okręgowej w Gdańsku odpowiadała za nadzór nad prokuraturą rejonową we Wrzeszczu.

- Po zarejestrowaniu tych spraw przeanalizowałem je i od razu rzuciły się w moje oczy pewne niedoskonałości tych opracowań - przyznał Radoniewicz, zaznaczając, iż o swoich wątpliwościach poinformował ówczesnego prokuratora generalnego Andrzeja Seremeta. Sprecyzował, że jego zastrzeżenia dotyczyły przepisów, na jakie powoływał się rzecznik dyscyplinarny gdańskiej prokuratury apelacyjnej we wnioskach. W ocenie Radoniewicza wnioski "nie miały szans powodzenia", gdyż obraza tych przepisów, na które rzecznik powołał, nie była deliktem dyscyplinarnym. - W związku z tym porażka przed sądem murowana - ocenił.

Jak stwierdził, w praktyce dyscyplinarnej jest bardzo trudno postawić "skutecznie zarzuty rażącej obrazy przepisów prawa" prokuratorom. - Rażąca i oczywista obraza przepisów prawa zachodzi wtedy, gdy możemy wskazać konkretne przepisy, które dane osoby naruszyły. Natomiast ani regulamin, ani Kodeks postępowania karnego, ani Ustawa o prokuraturze nie są na tyle kazuistyczne, żeby można było wskazać konkretny przepis - powiedział. W jego ocenie w postępowaniach dot. gdańskich prokuratorów należało skupić się na uchybieniu godności urzędu prokuratorskiego.

Zgodnie z przepisami prokurator odpowiada dyscyplinarnie za przewinienia służbowe, w tym za oczywistą i rażącą obrazę przepisów prawa i uchybienia godności urzędu prokuratorskiego.

Radoniewicz poinformował, że swoje wnioski i uwagi dotyczące wniosków dyscyplinarnych przedstawił w piśmie do ówczesnego zastępcy prokuratora generalnego Marka Jamrogowicza (z grudnia 2012 r.) oraz wysłał do szefa gdańskiej prokuratury apelacyjnej Ireneusza Tomaszewskiego.

Świadek - dopytywany przez posłów - przyznał jednocześnie, że mimo swych wniosków dotyczących tych postępowań dyscyplinarnych nie widział podstaw ani do przejmowania tych postępowań, ani do przekazania ich do innej prokuratury. - Gdybym nawet przejął te postępowania, problemy by nie zniknęły - stwierdził. Dodał, że nie było też takiej decyzji Prokuratora Generalnego. Z kolei - wyjaśniał - do przenoszenia postępowania do innej prokuratury dochodziło wtedy, gdy była inicjatywa w tej sprawie ze strony danego prokuratora apelacyjnego. Dodał, że nie było dowodów na to, że w postępowaniu gdańskich prokuratorów w sprawie Amber Gold doszło do rażącego naruszenia przepisów.

Zeznał też, że na temat zarzutów dyscyplinarnych stawianych tym prokuratorom rozmawiał raz lub dwa razy z Prokuratorem Generalnym. - Seremet uważał, że sprawy dyscyplinarne powinny znaleźć finał przed sądem dyscyplinarnym. Chciał, aby każdą z tych spraw rozpoznał sąd - powiedział Radoniewicz.

Ostatecznie doszło do postępowań przed sądem dyscyplinarnym wobec czworga prokuratorów, zostali oni uwolnieni od zarzutów.

Radoniewicz powiedział, że sądy dyscyplinarne rozstrzygnęły tak, jak na to pozwalał materiał dowodowy. Wskazał, że orzeczenia w postępowaniu dyscyplinarnym prokuratorów związanych ze sprawą Amber Gold były wyjątkiem, bo większość takich postępowań kończy się wyrokami skazującymi. Jednocześnie świadek przyznał, że nie widział podstaw do wniesienia kasacji od orzeczeń sądu dyscyplinarnego uniewinniających prokuratorów. - Kasacja jest środkiem nadzwyczajnym. (...) Musi być rażąca obraza przepisów prawa; kasacja nie może dotyczyć polemiki z ustaleniami poczynionymi przez sąd - mówił.

Jarosław Krajewski (PiS) zapytał o uwagi szefa KNF Andrzeja Jakubiaka z listopada 2011 r. ws. błędów w postępowaniu dot. Amber Gold, które były skierowane do Prokuratora Generalnego, ale na jego biurko nie trafiły - departament postępowania przygotowawczego PG skierował je do gdańskiej prokuratury apelacyjnej, skąd przekazane zostały do gdańskiej prokuratury okręgowej.

Poseł przypomniał, że w gdańskiej prokuraturze okręgowej 5 stycznia 2012 r. przygotowano odpowiedź na uwagi szefa KNF - projekt tego pisma przygotowała prok. Borkowska. W piśmie tym było przyznanie, że zawieszenie postępowania w prokuraturze rejonowej było niezasadne oraz że pismo w tej sprawie zostało skierowane do prokuratury we Wrzeszczu; było też stwierdzenie, że po podjęciu postępowania zostanie ono objęte nadzorem przez prokuraturę okręgową. Jednak pismo prokuratury okręgowej w sprawie wznowienia postępowania trafiło do prokuratury rejonowej dopiero w kwietniu 2012 r., a wznowione wówczas postępowanie nie było objęte nadzorem.

- W ciągu tych trzech miesięcy nieświadomi zagrożenia klienci wpłacili do Amber Gold 160 mln zł. To powinno dać do myślenia - wskazał Krajewski. Jak dodał, w marcu 2015 r. odwoławczy sąd dyscyplinarny uznał, że prok. Borkowska dopuściła się czynu "o znikomej szkodliwości społecznej". - Czy pan się zgadzał z tym orzeczeniem? - zapytał.

- Byłem na stanowisku, że szans na kasację nie ma. Trudno jest na to odpowiedzieć. Można się nie zgadzać z orzeczeniem, ale z drugiej strony być przekonanym, że nie ma podstaw do wniesienia kasacji - odpowiedział Radoniewicz.

Stanisław Pięta (PiS) pytał z kolei o uniewinnienie w postępowaniu dyscyplinarnym prok. Niesiołowskiego. Jak mówił, w uzasadnieniu sąd wskazał, iż nie ma dowodu na to, że w sposób niestaranny wykonywał swoje obowiązki nadzorcze. - Oczywiście nieprawidłowości były widoczne, z tym, że jeśli chodzi o wniesienie kasacji, to podstaw do tego nie widziałem, ponieważ byłaby to polemika z ocenami dokonanymi przez sąd pierwszej instancji - odparł świadek. W ocenie Radoniewicza czasem zdarza się, iż pewnych dostrzegalnych nieprawidłowości nie da się przełożyć na zarzuty dyscyplinarne.

Szefowa komisji śledczej Małgorzata Wassermann (PiS) dopytywała jednak, czy gdyby zarzuty wobec prokuratorów były sformułowane inaczej, to postępowania dyscyplinarne zakończyłyby się inaczej. Wskazała tu na przykład wniosku dyscyplinarnego wobec prok. Kijanko. - Nie widziałabym problemu, że wydała decyzję taką, czy inną, bo do tego ma prawo. Zbadałabym czy swoim postępowaniem (...) nie uchybiła godności urzędu w ten sposób, że tak dalece odbiegła od celu i standardów prowadzonego postępowania karnego - wskazała.

Radoniewicz był też pytany, czy nie widział potrzeby wystąpienia o postępowanie dyscyplinarne wobec ówczesnego szefa gdańskiej prokuratury okręgowej Dariusza Różyckiego, w związku z tym, że postępowanie ws. Amber Gold prokuratury rejonowej we Wrzeszczu nie zostało objęte nadzorem prokuratury okręgowej. Odpowiedział, że sytuacja była specyficzna, bo sąd pierwszej i drugiej instancji w postępowaniu dyscyplinarnym (prok. Borkowskiej) wskazał na wątpliwości co do tego, czy w ogóle doszło do wydania polecenie (o objęciu postępowania nadzorem) i w jakiej formie, więc - jak mówił - "była to bardzo niepewna materia, która tak naprawdę nie została do końca wyjaśniona i nie miała szans na wyjaśnienie".

Dopytywany przez Wassermann, czy chce powiedzieć, że nie było szans na wyjaśnienie przyczyny, dlaczego prokurator okręgowy nie zdecydował o objęciu postępowania nadzorem, Radoniewicz odpowiedział: "jeśli chodzi o skuteczność i możliwość uzyskania skazania dyscyplinarnego, tak oczywiście z całą odpowiedzialnością, tak twierdzę, to znaczy można było wyjaśnić, dlaczego doszło do tej sytuacji, ale nie można tego było ubrać w znamiona deliktu dyscyplinarnego".

Radoniewicz zeznał też, że nie wiedział, że do Seremeta nie dotarło pismo szefa KNF z listopada 2011 r. Przyznał, że sprawę niedostarczenia tego pisma poznał niedawno, a w 2012 roku jej nie znał, choć prokurator Seremet mówił o tym latem tamtego roku z mównicy sejmowej. Świadek przyznał, że "jeśli zapadłaby taka decyzja", wszcząłby postępowanie wyjaśniające w sprawie pisma. - Gdyby prokurator generalny uznał, że to ja powinien się tym zająć, zwróciłby się do mnie - zaznaczył.

Radoniewicz powiedział też, że "przeciętnie rocznie do sądu dyscyplinarnego trafiało ok. 30 wniosków" i część z nich skończyło się wyrokami skazującymi przed sądami dyscyplinarnymi. -Na czym polegała różnica ze sprawą Amber Gold? - pytał Witold Zembaczyński (Nowoczesna). - Na materiale dowodowym - odpowiedział świadek, powtarzając, że gdańskim prokuratorom można było zarzucić tylko uchybienia. Zapewniał zarazem, że rzecznik dyscyplinarny PG miał w rękach wystarczające narzędzia prawne, by wykonywać swoją działalność.