Jak kraj długi i szeroki, niesie się narzekanie: dlaczego, o Panie, pokarałeś nas takimi nieudacznikami. Co to za opozycja, co bez przerwy potyka się o własne nogi. Przez miesiąc okupuje Sejm, potem nagle przestaje i jak gdyby nigdy nic udaje, że o to właśnie jej chodziło. Wyprowadza ludzi na ulice, zbiera datki, a potem te datki przekłada z lewej kieszeni do własnej. Liderzy obsobaczają się na wizji, a potem jeden jedzie na Maderę, a drugi nie wiadomo gdzie. Nic, tylko z żałości się zapić, bo nawet jakby dziś PiS uchwalił prawo, że każdemu członkowi partii rządzącej państwo wypłaci comiesięczną pensję w wysokości tej minimalnej krajowej, i tak by mu się upiekło.

Ale mimo wszystko coś za łatwo nam idzie zwalanie wszystkiego co złe na nieudolnych platformersów, nowoczesnych i kodowców. Aby opozycja mogła się odbudować, potrzeba nie tylko sprawnych polityków. Musi być coś jeszcze. Coś w jej elektoracie musi się zakotłować, wiatr jakiś się rozhulać, czegoś musi zacząć ludziom brakować, by zwrócili ku władzy oczy i powiedzieli: basta! Coś musi tych ludzi połączyć. Historia politycznych zwycięstw to właśnie opis takich spoiw. Tak jak Donald Tusk wygrał dwie kadencje na ciepłej wodzie w kranie, Donald Trump na odbudowie Ameryki, a Aleksis Tsipras na sprzeciwie wobec szaleństw MFW, tak nasza opozycja musi dobrze odczytać tę potrzebę.

Niestety, nie ma co udawać. To dla przeciwników PiS fatalna wiadomość, ale po drugiej stronie nic nie ma. Żadnego spoiwa, żadnego wspólnego celu. I póki go nie będzie, Jarosław Kaczyński o swoje rządy może być spokojny.

Co łączy wyborców PiS?

Jak to co, wielu z was odpowie, wiadomo. Nie trzeba być ani wyedukowanym politologiem, ani wyćwiczonym analitykiem. Wyborcy PiS częściej pochodzą ze wsi i małych miast niż z wielkich, są starsi, gorzej wykształceni i biedniejsi. Są konserwatywni, religijni, przywiązani do silnego państwa, nieufni wobec świata i obcych. Co bardziej radykalni w opisie dodadzą coś jeszcze o nietolerancji, nacjonalizmie i sekcie smoleńskiej, ale zostawmy te emblematy, bo nie o nie tu chodzi. Wszystko to niby prawda, trudno zanegować tak podstawowe fakty, ale to nie one doprowadziły do samodzielnych rządów Jarosława Kaczyńskiego. Był nią sprzeciw wobec III RP.

W tym miejscu u wielu czytelników pojawić się może stara klisza: to ci, którym się nie udało. Nie zdążyli na wolnorynkowy ekspres albo z racji własnych niedostatków, albo lenistwa, albo przypadku i teraz próbują się odegrać na tych, co ciężką pracą odnieśli sukces. Cudowne w swojej prostocie byłoby to wytłumaczenie, ale jak to kliszami, obejmują niewielki fragment rzeczywistości. Bo jak w tę grupę wpasować drobnych przedsiębiorców doprowadzonych do furii absurdalną biurokracją i modyfikowanymi ad hoc przepisami? Jak wcisnąć krytyków rozpasanego neoliberalizmu, któremu rządzący hołdowali przez 25 lat, udając, że nie ma innych możliwości, że albo taki wolny rynek, albo żaden, bo co dobre dla zagranicznego kapitału, dobre i dla Polski?

Jak dopasować pracowników oszukiwanych przez firmy w majestacie prawa i w zgodzie z interpretacjami Państwowej Inspekcji Pracy? Jak przyłożyć pańszczyźniany rynek pracy, na którym związki zawodowe w prywatnych firmach uznawane były za sabotażystów rodem z Korei Północnej, a płaca za nadgodziny za fanaberię rozpuszczonych socjalistów? Jak w końcu dopasować do tej kliszy krytyków wymiaru sprawiedliwości, którzy wiele o nim mogą powiedzieć, ale na pewno nie to, że jest najbardziej efektywny i najbardziej moralny?

Wszystkie wymienione wyżej grupy, opuszczone przez arogancki establishment III RP, w 2015 r. zwróciły się w kierunku PiS. Nie, nie chodzi o to, że zagłosowały na tę partię jak jeden mąż, ale spojrzały na nią łaskawszym okiem. Jedni skreślili krzyżyk przy jej kandydatach, inni zrezygnowali z głosowania, bo choć PiS nie odpowiadał im estetycznie, to do Platformy czuli obrzydzenie. W kampanii hasło "Polska w ruinie" wzbudzało u przeciwników PiS wesołość pomieszaną z irytacją, ale ono naprawdę doskonale odczytywało nastroje społeczne. I to ono dało Jarosławowi Kaczyńskiemu podwójne zwycięstwo.

Bo twierdzenie, że kto krytykuje III RP, ten oszołom niewykształcony albo przeciwnik demokracji co najmniej, już nie trzyma się kupy. To już nie te czasy, gdy każdy, kto krytykuje agresywną politykę banków czy sieci handlowych, uchodzi za ekonomicznego szarlatana. To już nie te czasy, gdy każdy, kto zająknie się, że prawo własności wcale nie jest święte i są inne ważne prawa, które mogą z nim konkurować, stawiany jest w jednym szeregu z Karolem Marksem. Nie po kryzysie. Późno, bo późno, ale odrobiliśmy tę lekcję. Zastanowiliśmy się nad tą III RP, podzieliliśmy refleksjami i... poszliśmy głosować.

Trudno dziś znaleźć wyborcę PiS, który by nie krytykował pookrągłostołowej układanki. I nie są to jedynie emeryci, bezrobotni, rolnicy i starowinki z uchem przytkniętym do głośnika Radia Maryja. Kaczyński ten głos wyborców usłyszał. Wykorzystał, wycisnął z niego politycznie, ile tylko wycisnąć można i na tej fali popłynął. Można oczywiście próbować dowodzić, że było odwrotnie, że gdyby nie on, to sprzeciwu wobec III RP by nie było, ale karkołomna to interpretacja. Bo co by oznaczała? Że ochroniarz pracujący na śmieciówce za cztery złote na godzinę uznawał taką rzeczywistość za naturalną i dopiero gdy przyszedł PiS i mu powiedział, że to wszystko nie tak, on zrozumiał. Niezbyt rozsądnie to brzmi, prawda?

To dlatego dziś tak łatwo rządowi PiS przygotowywać zmianę sposobu wybierania Krajowej Rady Sądownictwa, dlatego bez sprzeciwu biznesu podniósł płacę minimalną o 150 zł i wprowadził minimalną stawkę godzinową. Skoro III RP miała wady, PiS je naprawia. Elektorat tego chce i rozumie. I póki tak będzie swoją politykę rząd Prawa i Sprawiedliwości prezentował, póty czy z uśmiechem, czy z zaciśniętymi ustami wyborcy będą go popierać.

Anty-PiS nie działa

Co po drugiej stronie? Tu też niby wiadomo: PiS jest zły. Antydemokratyczny, z dyktatorskimi zapędami, obciachowy, zacietrzewiony – kto tam jaki epitet ma pod ręką, to wyciąga go zza pazuchy. Kaczyński wiele robi, by wzbudzić do siebie nienawiść, ale jedna jest prawda, która z trudem się do opozycji przebija – to już nie działa. Straszenie PiS miało swój potencjał przez siedem lat rządów Tuska: tę bestię z wielkimi kłami, co tylko dybie, by nas wszystkich zapędzić do kruchty, a tych opornych za kraty, zawsze można było wyciągnąć i nią postraszyć. Kaczyński nadawał się do tego idealnie, sam jakby przyjął tę rolę i przez lata nic innego nie robił, tylko się w nią wcielał. Ale już nie straszy. Obojętne, jak bardzo by go nie demonizować, jak wiele sam by nie zrobił, by tamtej roli sprostać, wyborcy już się tym przedstawieniem znudzili. Puste krzesełka na widowni, biletów nikt nie kupuje, teatrowi grozi klapa.

Opozycja nie wierzy, nie przyjmuje tego do wiadomości, z uporem maniaka powtarza zgrane frazesy, wciąż łudząc się, że potrafi wykrzesać stare emocje. Na transparentach maluje Jarosławowi Kaczyńskiemu rogi i kły, w mediach słowa "PiS" i "dyktatura" stosuje zamiennie, a w politycznych przepychankach zachowuje się jak dziecko, obrażone, że koledzy chcą się bawić z nielubianym wyrzutkiem. I tak po ludzku, trudno się jej dziwić. Bo jak wykrzesać emocje z takich wyborców? Do czego się odwołać, jaką strunę szarpnąć, by dotknąć czegoś ważnego? Jak zbudować atrakcyjną dla nich wizję, skoro oni wciąż jeszcze żyją w przeświadczeniu, że jak się ma wizję, to powinno się iść do psychiatry?

Są ludzie przekonani, że dobry polityk jest w stanie modelować społeczeństwo na własny obraz i potrzeby, że wystarczy przemyślana strategia, skuteczność, sprawny marketing, PR i kontrola nad mediami, by wcisnąć nam każdy kit. Że ciemny lud wszystko kupi. Ale sprawdza się to tylko w jednym systemie – dyktaturze. W demokracji konglomerat sprzecznych sił i celów jest tak wielki i nieprzewidywalny, że nie da się go kontrolować. Do tego dochodzą wydarzenia, które w chwilę są w stanie zmienić układ sił. Dlatego w demokracji zwycięża polityk, który wyczuje zmianę. Społeczny wiatr, który wieje najpierw delikatnie, prawie niewyczuwalnie, by z czasem przekształcić się w potężny wicher. To taki wicher wyniósł do władzy 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa. Hasło "Uczyńmy Amerykę znów wielką" idealnie trafiło w zapotrzebowanie, bo nazywało wyborcze emocje.

A co wieje w elektoracie, który sprzeciwia się dobrej zmianie?

Kiedyś było prosto: mohery kontra lemingi. Ale mohery zrzuciły berety i poczuły się wspólnotą. Lemingom długo wystarczała ciepła woda w kranie, każdy był zajęty sobą, a politykę sprowadzał do kontroli, czy temperatura utrzymana. Naturalna mnogość postaw i poglądów charakteryzująca ten elektorat, ale też zapatrzenie w siebie, ułatwiały rządy Donaldowi Tuskowi, bo portfele łatwiej kontrolować niż emocje. Ten indywidualizm obrócił się teraz przeciwko nim, bo jeśli przez lata nie zadawali sobie pytania, jakiego kraju chcą, dziś wciąż jeszcze nie dociera do nich, że to ważne. Każdej opozycji byłoby trudno zbudować na takim podłożu atrakcyjny przekaz, a co dopiero obecnej. Bo i co ma dziś do dyspozycji?

Idea pierwsza: wróćmy do tego, co było, czyli III RP. Myśl oczywista, narzuca się sama. PiS demoluje kraj, zostawia zgliszcza, a tamten choć może nie był idealny, to jednak działał. Byliśmy demokratyczni, samorządni i szanowani. Urośliśmy gospodarczo, jesteśmy w Unii, NATO, mamy pracę i jesteśmy bezpieczni. No tak, ale już wiemy, że to nie wystarcza. Ciepła woda w kranach płynie i nic nie wskazuje na to, by za rządów PiS miała być chłodniejsza. Poza tym mamy zapomnieć o nieudolnym sądownictwie, służbie zdrowia, nierównościach, zdeformowanym rynku pracy czy biurokracji? Przecież to nie wytwór PiS tylko właśnie III RP. Idea może jest atrakcyjna dla kombatantów solidarnościowych, którzy tę Trzecią budowali, ale społeczeństwa ona nie porwie.

Idea druga: zagrożenie wolności. Teoretycznie z wielkim potencjałem. PiS ma antydemokratyczną twarz i opozycja nie musi się wysilać, by mu dorabiać gębę. Minister Błaszczak publikujący wizerunki demonstrantów sprzed Sejmu, minister Macierewicz mający kłopot z odróżnieniem obrony od wojny czy minister Szyszko, który przez ochronę przyrody rozumie przemysłowy ubój leśnych zwierząt – to kwintesencja tej postawy. Wiele pomysłów i działań PiS dałoby się bez wysiłku podciągnąć pod zamach na wolność. Demolka Trybunału Konstytucyjnego, próba ograniczenia wolności zgromadzeń, wprowadzenie kadencyjności w samorządach, reforma sądownictwa, podporządkowanie prokuratury... lista wydłuża się z każdym tygodniem rządów Beaty Szydło. Problem w tym, że dla elektoratu Platformy, Nowoczesnej, PSL, SLD czy zwolenników KOD to sprawy ważne, ale jedynie werbalnie. Od roku powtarza on sobie przy stołach, że PiS demoluje Polskę i od roku po zakończeniu takiej dyskusji szybko rozchodzi się do swoich zajęć. Fakt, wielu jest przekonanych, że zaraz zaczną ich zamykać w więzieniach, ale tak radykalna perspektywa dociera do tych bardziej rozemocjonowanych. Są oczywiście grupy, których ograniczenie wolności dotyka już osobiście, można się śmiać z aktorów teatrów opowiadających, że „czują się jak Żydówka w czasie okupacji”, ale tam, gdzie mecenat państwowy jest dominujący, urzędnicze naciski są już rzeczą normalną. To jednak za mało.

Aby idea wolności rozpaliła wyborców, jej zagrożenie musi być odczuwalne. Rząd, urzędy, instytucje muszą od ludzi wymagać zachowań sprzecznych z ich poglądami i zmuszać do robienia czegoś wbrew sobie. Straszenie, że rząd będzie wymagał od obywateli, by co niedziela podpisywali listę obecności w kościele w sytuacji, gdy nie wymaga, przeradza się w absurd.

Może PiS będzie nam zabierał wolność, może nie. Ale póki obywatele nie poczują takiego zagrożenia jak kobiety, które w czarnych marszach wywalczyły zachowanie status quo w sprawie ustawy antyaborcyjnej, póty ta idea elektoratu nie spoi.

Idea trzecia: liberalizm obyczajowy. Ideolodzy rozbitej i wycofanej lewicy chętnie wzięliby to hasło wyborcze na sztandary, ale jej pragmatyczni politycy już wiedzą, że to żadne spoiwo. Jesteśmy zbyt konserwatywnym społeczeństwem, by nas to porwało. Nawet wyborcy Platformy niechętnie patrzą na związki partnerskie, nie wspominając już o małżeństwach jednopłciowych. Poparcie dla in vitro nie wystarczy.

Tu wiele zależy od działań PiS. Jarosław Kaczyński z niespodziewaną łatwością podporządkował sobie hierarchię polskiego Kościoła, a dużej grupie wiernych taka katolicka jednopartyjność bardzo się nie podoba. Wystarczy kolejna absurdalna wojna ideologiczna, by wywołać falę. Ale póki Kaczyński kontroluje hierarchów, póty na taki ruch nie pozwoli.

Idea czwarta: wolny rynek. Karkołomny pomysł. Bo choć wszyscy wiemy, że wolny, to jednak jaki? Bardziej socjalny, na modłę skandynawską czy niekontrolowany, rodem z Ameryki? Po kryzysie straciliśmy do niego nabożny stosunek i całe szczęście. Już nie rozmawiamy o nim na kolanach, wiemy, że wolny rynek ma wiele twarzy i od nas, wyborców i polityków, zależy, która dominuje. Chętnych, by rozmawiać o powrocie komunizmu, na szczęście już w Polsce niewielu, ale zbyt wiele neoliberalizm szkód poczynił w III RP, by ta idea mogła teraz uwieść wyborców.

Idea piąta: obrona demokracji. Niby wszystko wskazuje, że właśnie o to chodzi, że zagrożenie demokracji jest tym, co wyborcy Platformy, Nowoczesnej, PSL, SLD i zwolennicy KOD odczuwają najbardziej osobiście. Więc dlaczego wciąż wśród nich dominuje postawa "nie idę na manifestację, bo mam umówionego fryzjera"? Nie ma prostszego sposobu na obronę demokracji niż demonstrowanie. Zwłaszcza że ten elektorat nie jest z tych, co nie może pojechać do Warszawy, bo brakuje mu pieniędzy. Do galerii handlowych w soboty i niedziele jeździ, więc na demonstrację też by mógł. A jednak tego nie robi.

Trudno opozycji zagrać na tej nucie, bo ta grupa wyborców ma wielki problem z polityką: nie wierzy w jej moc sprawczą. Myśli o niej w kategoriach, do których jest przyzwyczajona, czyli zarządzania. Dla niej polityk to taki gość, którego trzeba wynająć do roboty, zapłacić, a niech on tam już robi, co potrzeba. Byleby był spokój. Sam wyborca nie musi sobie brudzić polityką rąk. U wyborców PiS odwrotnie – oni są rozpolitykowani i dostrzegają moc polityki. Trudno jej nie dostrzegać, gdy ma się 500 plus miesięcznie.

Ci, którzy widzą zagrożenie dla demokracji, emocjonują się więc relacjami w TVN24 bądź memami na Facebooku, ale nie są mentalnie zdolni, by coś w tej sprawie zrobić samemu. Zaangażowanie jest wbrew nim, chodzenie w tłumie i wspólne skandowanie haseł przeczy ich poczuciu indywidualności. Ale jak bronić demokracji, gdy ma to się odbywać w mediach społecznościowych?

Idea szósta: arogancja władzy. Tu wszystko zależy od PiS. Wiele Polacy mogą znieść, ale z bucami mają problem. Nie zrozumiała tego Platforma, wygląda na to, że nie rozumie też PiS. I nie tyle chodzi tu o Kaczyńskiego, co o partyjny zaciąg, który zbyt długo czekał na konfitury, by teraz odkładać konsumpcję. Misiewicze bez wykształcenia i doświadczenia rozpanoszyli się w spółkach Skarbu Państwa, instytucjach i urzędach, aroganccy i bez skrupułów. Zwalniają, zatrudniają, ciągną kumpli i rodzinę, a wszystko z ustami pełnymi frazesów o odbudowie Polski.

Przeciwnicy na razie patrzą na to z przygnębieniem, od czasu do czasu klnąc pod nosem, ale wciąż z tyłu głowy kołacze im: przecież zawsze tak było. AWS zatrudniała swoich, SLD zatrudniało, Platforma i PSL także. Przecież nie przez przypadek 95 proc. ze zwolnionych na początku 2016 r. kierowników Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa należało do PSL.

Czy jest tu jakaś granica? Punkt, w którym wyborcy uznają: no nie, tak być nie może? Możliwe. Ale póki PiS jej nie przekroczy, opozycja się na tej idei nie odbuduje.

Proch do wymyślenia

Co więc zostaje opozycji? Czekać. Nawet mistrzowie świata nie wygrają, gdy stadion jest w rozsypce. Wyborcy, którym PiS się nie podoba, na razie sami nie wiedzą, czego chcą, a na budowanie czegokolwiek nie mają jeszcze czasu. Są ważniejsze sprawy: rodzina, pieniądze, wakacje, spokój. Póki PiS się do nich nie dobierze, to się nie ruszą. Bo w imię czego?

To nie jest tak, że obecny stan jest dany raz na zawsze. Może za trzy miesiące, może pół roku czy dwa wszystko się zmieni. Może jakieś wydarzenie tak poruszy serca, że umysły zechcą się włączyć. Albo władza tak da w kość, że jej przeciwnicy wściekle warkną.

Wielu uważa, że polityka to codzienne zarządzanie zmianą. Że tylko ci politycy utrzymują się przy władzy, którzy potrafią szybko reagować na zmieniające się okoliczności. Na razie na tę zmianę trzeba czekać. Opozycja prochu nie wymyśli, jeśli elektorat jeszcze nie wie, czego chce.