Okolica, w której mieszkam, pomimo bliskości największego w mieście meczetu, należy do w miarę spokojnych. Nie jest to ani luksusowa enklawa klasy średniej, ani kolorowa, biedna dzielnica. Ot przeciętna, jeszcze belgijska, okolica. W sobotę główna ulica, prowadząca do stacji metra Merode, jest zazwyczaj pełna wymijających się ludzi. Bo to ulica handlowa, z różnymi sklepami, także odzieżowymi, galeriami, kawiarenkami.

Wczoraj była w połowie opustoszała, zamiast przechodniów na chodniku, było natomiast więcej aut na ulicy.

Logiczne, metro zamknięte, tramwaje kursują rzadziej, trzeba się jakoś przemieszczać po mieście. Mieście chłodniejszym i z pierwszym śniegiem. Ale w kawiarence na małym rondzie w ogródku spokojnie siedzą klienci. Sklepy są tutaj otwarte. W okolicach Parku Cinquantenaire stai opancerzony wóz wojskowy, a napis przy stacji metra informuje o utrudnieniach w transporcie publicznym. Przystanki autobusowe pełne czekających pasażerów. Stąd już niedaleko do ambasady polskiej, w której odbywa się Kongres Kobiet.

Pomimo sytuacji nadzwyczajnej wydarzenia nie odwołano, tylko nieco skrócono. Wśród gości m.in. Anna Jurksztowicz, Wanda Nowicka i Manuela Gretkowska, która dzień wcześniej miała wieczór autorski. Jedna z pań narzeka na belgijski bałagan – rano zawiozła dziecko na zajęcia sportowe i dopiero po godzinie czekania poinformowano zainteresowanych, że w związku z alarmem zajęcia są odwołane. Tu trudno znaleźć oznaki paniki.

Inaczej wygląda to bliżej centrum. W okolicach Dworca Centralnego stoi kilka wozów z żołnierzami, następne są na kolejnych odcinkach trasy, niektóre ulice są pozamykane. Żołnierze w pełnym rynsztunku, wiele sklepów pozamykanych. Rue Neuve to jedna z najpopularniejszych ulic handlowych – a teraz też wygląda jak po przejściu epidemii. Wielkie magazyny zgodne z zaleceniami władz miasta są zamknięte. Rynek – Grand Place – prawie pusty. Turystów jak na lekarstwo. Ustawiono już natomiast wielką, żywą choinkę (od niedawna wrócono do tradycji instalowania żywej szopki; przez kilka lat, ze względu na niechęć do dyskryminacji muzułmanów, pod wpływem środowisk laickich z tej tradycji rezygnowano).

Dziwnie wygląda ta choina, w niedalekim otoczeniu wozów opancerzonych i żołnierzy.

To ciekawe, ale pomimo dużej ilości wojska na ulicach i alarmujących informacji w telewizji i w Internecie, paniki się nie wyczuwa. Może też i dlatego, że patrole wojskowe zaczęły się pojawiać od stycznia, od ataków na paryską gazetę „Charlie Hebdo”. Taki widok budzi naturalny niepokój, ale nie jest on na tyle silny, by wywołał histerię. Częściej poirytowanie. Bo metro nie działa, bo koncert czy mecz odwołany, bo sobotnich zakupów nie można zrobić, bo – co tu kryć – weekend został zmarnowany.

Tak naprawdę dla wielu mieszkańców stolicy Belgii najwyższy stopień alarmu terrorystycznego kojarzy się bardziej z utrudnieniami niż faktycznym zagrożeniem.

Owszem, wielu miejscowych wzięło sobie do serca ostrzeżenia policji i ograniczyło wyjścia z domu. Ale nie wszyscy. – Pełna histeria. Ale nie moja, nie nasza, tylko władz. Jak oni z powodu jednego terrorysty paraliżują miasto na cały weekend, to o czym my mówimy? Jeśli państwo belgijskie chciało w ten sposób dać nam poczucie bezpieczeństwa, to zrobiło coś kompletnie innego – mówi Jose, Portugalczyk już urodzony w Belgii, z którym wracam autobusem z centrum. Wszyscy zastanawiają się czy w poniedziałek metro już będzie normalnie działać i czy dotrą do pracy. O przyczynie alarmu, czyli o samym terroryście i szerzej tym, co się stało z Brukselą, wolą publicznie nie mówić. Bo nie wiadomo kto siedzi obok, po co powiedzieć coś za dużo? Inaczej w rozmowach w domach. Znajomy Belg, Flamand przypomina o starym konflikcie flamandzko-walońskim (bogatsza, północna część Belgii czyli Flandria chce się odłączyć od biedniejszej a finansowo roszczeniowej francuskojęzycznej Walonii).

– Jak się mnie ktoś pyta, co będzie z Brukselą, jak już podzielimy Belgię między siebie, to mówię: Brukselę oddamy Marokańczykom i Turkom, bo to już ich miasto – mówi sarkastycznie i smutnie jednocześnie.

Do wielu Belgów nie dociera jeszcze albo dociera z trudem, że Bruksela uważana przez lata za sypialnię Paryża, nagle została awansowana do rangi stolicy europejskiej dżihadystów. Przyzwyczaili się do spokojnego, lekko uśpionego życia. Ci którzy mieszkają w lepszych dzielnicach, nie zapuszczają się do coraz bardziej muzułmańskich części miasta, takich jak część Molenbeek czy Saint Josse. Nie chcą myśleć o tym, co z miastem stanie się za kilkanaście lat. Po co się denerwować? Poza tym nie wypada przecież narzekać na to, że jest coraz więcej muzułmanów.

Czy taki inny, wybijający z utartego rytmu weekend, coś uświadomi Belgom? Niekoniecznie. Bo Bruksela to nie cała Belgia, a w takiej bajkowej Brugii na przykład życie w weekend toczyło się bez żadnych zakłóceń. Poza tym Belgowie przez całe lata przyzwyczaili się do pewnej spolegliwości. Owszem, buntują się przeciwko podwyżkom, cięciom przywilejów pracowniczych i chętnie strajkują – w tej dziedzinie mogą konkurować tylko z Francuzami i Włochami chyba. Ale to co innego, to niemal tradycja narodowa.

Czy można się jednak zbuntować na doprowadzoną do absurdu politykę politycznej poprawności? Próbują to częściej robić Flamandowie, wyrazem takiego buntu jest antyimigrancka partia Vlaamse Belang, którą przeciwnicy nazywają niemal faszystowską. Ale to inna historia. Belgowie nie są buntownikami i starają się dostosowywać do warunków. Nawet jeśli nie są one dla nich bardzo wygodne.