Możliwych jest kilka scenariuszy, które zawierają się w dychotomii: wojna lub pokój. Pomimo gróźb Kim Dzong Una północnokoreański atak na Guam, a tym bardziej na Hawaje, Alaskę czy kontynentalną część Stanów Zjednoczonych należy uznać za bardzo mało prawdopodobny. Zasadniczym celem reżimu w Pjongjangu jest przetrwanie, a posiadanie broni atomowej stanowi jedynie środek do realizacji tego celu.

Wbrew temu, co głosi propaganda Korei Płn. o jej przewadze militarnej, Kim zdaje sobie sprawę, że atak na USA byłby samobójstwem, bo to Amerykanie mają przewagę w każdym aspekcie. Odwet w najłagodniejszej dla Kima, mało prawdopodobnej wersji skończyłby się odsunięciem go od władzy, w najgorszej – zrujnowaniem kraju. Wprawdzie nie można kategorycznie wykluczyć scenariuszy, że Kim będzie świadomie dążył do samozagłady albo że będąc głęboko przekonany o zwycięstwie, rozpocznie wojnę, ale należy je traktować czysto hipotetycznie.

Ryzykowna prewencja

Bardziej realny jest scenariusz, w którym wojna wybuchnie przypadkowo, np. jeśli Pjongjang weźmie przerwę w dostawie prądu za początek prewencyjnego uderzenia i rozpocznie atak, jeśli w strefie zdemilitaryzowanej albo na wodach przygranicznych dojdzie do omyłkowego ostrzału lub ktoś w atmosferze narastających prowokacji nie wytrzyma napięcia. Takie rzeczy się zdarzają, choć pomijając pierwszy z wymienionych powodów, nie muszą od razu prowadzić do wojny nuklearnej.

Jeśli chodzi o amerykański atak prewencyjny, którym grozi Donald Trump, jest on opcją ryzykowną. Wymagałby na tyle potężnego i precyzyjnego uderzenia, by za jednym zamachem zniszczyć cały arsenał Pjongjangu, ale ponieważ północnokoreańskie rakiety są rozproszone na terenie całego kraju, a ich lokalizacja nie jest do końca znana, jest to prawie niemożliwe. Gdyby prewencyjne uderzenie nie było skuteczne, Korea Płn. przeprowadziłaby atak odwetowy. Przy czym wcale nie musiałaby angażować broni jądrowej, a celem nie musiałyby być USA; prędzej Korea Płd., w którą wycelowane są tysiące dział konwencjonalnych, co wystarczy do spowodowania potężnych zniszczeń i tysięcy ofiar śmiertelnych.

Nie wiadomo, czy Trump będzie chciał podjąć takie ryzyko, choć biorąc pod uwagę jego zapowiedzi, że nie pozwoli Pjongjangowi wejść w posiadanie broni mogącej dosięgnąć USA, nie należy tego wykluczyć. Prawdopodobieństwo tego scenariusza osłabia to, że administracja Trumpa zapewne nie ma pomysłu, co dalej miałoby się stać z Koreą Płn. po ataku. Ludzie w otoczeniu prezydenta pewnie powtarzają mu do znudzenia to, co w wywiadzie dla portalu Vox ekspert Brooking Institution Jonathan Pollack. Analitycy rozważali ten problem do upadłego, za każdym razem dochodząc do tego samego wniosku: wojna zostałaby wygrana, ale cena, jaką nasi sojusznicy by za to zapłacili, byłaby znacznie większa od potencjalnych korzyści. Dlatego Koreę Płn. nazywa się czasem "krainą bez dobrych opcji" - mówił.

Opcją pokrewną do ataku prewencyjnego jest próba zabicia ścisłego przywództwa kraju. Ten plan ma jednak jeszcze więcej słabych punktów - Kim Dzong Un jest jednym z najlepiej strzeżonych przywódców, więc jest to niezwykle trudne, nie ma żadnej pewności, że jego miejsca nie zajmie ktoś jeszcze gorszy i bardziej nieprzewidywalny, ani że taka operacja i tak nie doprowadzi do wojny na pełną skalę.

Niezależnie od przyczyny rozpoczęcia wojny zakończy się ona przegraną Korei Płn. i upadkiem Kimów. W takiej sytuacji doszłoby pewnie do kompletnego załamania i tak znajdującej się w fatalnej sytuacji gospodarki. Ludzie straciliby środki do życia, a w oczy zajrzałby im głód, co oznacza potężną presję migracyjną na sąsiadów - Chiny i Koreę Płd. W grę wchodzą pewnie nie setki tysięcy, ale miliony migrantów.

Co gorsza, nie jest znana odpowiedź na pytanie, co dalej. Przyszłość polityczna pokonanej Korei stoi pod znakiem zapytania m.in. przez wzgląd na różnice w interesach sąsiadujących państw. Zjednoczenie Korei jest nie po myśli Chin, które nie chcą, by amerykańska strefa wpływów przesunęła się do ich granicy, i wolałyby, aby Korea Płn. została przekształcona w międzynarodowy protektorat. Mimo że zjednoczenie jest długoterminowym celem Korei Płd., to dla władz tego kraju inkorporacja kompletnie zniszczonej wskutek wojny Północy też nie jest optymalnym scenariuszem. Szczególnie że i Południe byłoby poważnie zniszczone. Zanim reżim w Pjongjangu zostanie pokonany, zdąży zadać bardzo bolesne ciosy Korei Płd. i Japonii, czego efektem będą dziesiątki tysięcy zabitych.

Odpływ kapitału

Nie sposób również pominąć konsekwencji gospodarczych. Południowokoreańskie koncerny są największymi na świecie wytwórcami wyświetlaczy komputerowych i do telefonów komórkowych, konflikt na Półwyspie mógłby doprowadzić do znacznych zakłóceń w dostawach tych urządzeń. W efekcie ceny elektroniki podskoczyłyby na całym świecie. Jak bardzo realny jest to scenariusz, przekonuje historia: kiedy powodzie w Tajlandii unieruchomiły skupioną w tym kraju produkcję dysków twardych, ich ceny znacząco podskoczyły. A Korea Płd. to nie tylko wyświetlacze - to także pamięci RAM, dyski SSD oraz inne komponenty.

Równie katastrofalny byłby dla Seulu odpływ kapitału. Inwestorzy masowo zaczęliby wycofywać się z ogarniętego konfliktem Półwyspu, aby chronić swoje pieniądze. W takich sytuacjach beneficjentami są instytucje, które cieszą się zaufaniem. Można byłoby więc spodziewać się zwiększonego popytu na obligacje USA (oraz innych, stabilnych gospodarek), co z kolei wpłynęłoby na ich rentowność i przełożyłoby się na zmniejszenie kosztów obsługi zadłużenia publicznego. Pieniądze rozlałyby się też po giełdach państw rozwiniętych, a uciekający z Półwyspu kapitał podbiłby ceny surowców, przede wszystkim metali (także złota).

Chińska niewiadoma

"Nie ma czegoś takiego, jak militarne rozwiązanie problemu broni atomowej w rękach Kim Dzong Una" - pisał niedawno w liście do „Financial Times” Fraser Cameron, dyrektor Centrum EU – Azja. Z tego względu bardziej prawdopodobne jest, że obecne napięcie w końcu zostanie rozładowane. Możliwości są dwie. Albo stanie się to przy stole negocjacyjnym, albo Pjongjang wciąż będzie odmawiał podjęcia rozmów. Wszyscy uczestnicy dialogu zgadzają się, że jego celem musi być denuklearyzacja. Niemniej jednak twarde postawienie sprawy - uzależnienie pomocy materialnej od wstrzymania prób - zawiodło. Dlatego obecny prezydent Południa, Moon Jae-in, jest zdania, że zacząć należy od hojnej oferty gospodarczej w nadziei, że otworzy ona Pjongjang na rozmowy o rozbrojeniu.

Nie wiadomo, czy pięć stron dialogu zgodzi się co do takiego stanowiska, zwłaszcza kiedy weźmie się pod uwagę to, że każda pomoc zagraniczna (czy nawet zwiększenie kompleksu przemysłowego Kaesong, gdzie firmy z Południa mogą zatrudniać pracowników z Północy) stanowi cenne źródło dewiz, a przez to wzmocnienie Kim Dzong Una. Możliwy również jest wariant, w którym rozmowy osiągną pewien progres, strony odtrąbią sukces, a za parę lat Korea Płn. znów zacznie straszyć. Jeśli cel reżimu to podtrzymanie istnienia, taka strategia jest dotychczas najbardziej skuteczna.

Możliwy jest również scenariusz, zgodnie z którym deeskalacja nastąpi w naturalny sposób. Pjongjang wyciszy jastrzębią retorykę, w ślad za tym uspokoją się także nastroje w Pekinie i Waszyngtonie. Ten wariant również nie jest optymalny, zostawia bowiem Północy swobodę kontynuowania prac nad swoim uzbrojeniem. Jeśli mimo wszystko dojdzie właśnie do jego realizacji, wielką niewiadomą są Chiny. Mimo, że Państwo Środka poszło ostatnio w kwestii sankcji znacznie dalej niż dotychczas, to jednak wciąż jest za mało. Podmioty powiązane z Pjongjangiem wciąż za pomocą chińskich firm mogą handlować surowcami i produktami z Północy.