W programie znalazły się nagrane ukrytą kamerą materiały z budowy mieszkań w rosyjskim Władywostoku, a także Partner Stoczni w Szczecinie. Nakręcono także rozmowę z byłym pracownikiem stoczni w Gdyni. Według dziennikarzy BBC w Polsce pracuje nawet 800 obywateli Korei Północnej.

Reklama

Jak zaznaczono, zaprezentowany materiał jest efektem dwuletniego śledztwa międzynarodowego konsorcjum dziennikarzy, którzy do października ub.r. nagrywali materiał dotyczący robotników z Korei Północnej, którzy są wysyłani za zgodą komunistycznego rządu do pracy w innych krajach.

Ambasada Korei Północnej w Warszawie powiedziała BBC, że jej obywatele pracują w zgodzie z polskim prawem i regulacjami Unii Europejskiej. Oskarżyła jednocześnie dziennikarzy o to, że fałszywe informacje "zostały wymyślone przez wydział wojny psychologicznej Stanów Zjednoczonych i południowokoreańskiego wywiadu".

Polski rząd z kolei w odpowiedzi na pytania dziennikarzy zapewnił, że przeprowadzane są "regularne kontrole" i że "nie ma dowodów na pracę przymusową". Zastrzeżono jednocześnie, że przestano wydawać nowe pozwolenia na pracę dla obywateli Korei Północnej.

Także MSZ, zapytane przez PAP o zarzuty stawiane w materiale BBC, podkreśliło, że polskie władze dostrzegają "złożoność problemu zatrudniania obywateli KRLD" i "podejmują aktywne działania mające na celu zmianę obecnego stanu rzeczy", m.in. nie wydając Koreańczykom z północy od 2016 r. ani jednej wizy pracowniczej.

"W rezultacie spadać zaczęła też liczba obywateli z KRLD wykonujących pracę w Polsce. Według ostatnich statystyk z lutego br., w Polsce przebywa ich mniej niż 400. Ich liczba będzie w dalszym ciągu spadać, sukcesywnie bowiem wygasają zezwolenia na pobyt oraz zezwolenia na pobyt i pracę, które – decyzjami wojewodów – nie są przedłużane" - wskazał resort.

Reklama

MSZ zapewniło jednocześnie, że Polska "stosuje się do zapisów wszystkich rezolucji RB ONZ, których celem jest ograniczanie pracy obywateli KRLD poza granicami swojego kraju", nowelizując w tym celu dwie ustawy regulujące dostęp cudzoziemców do rynku pracy: ustawę o cudzoziemcach oraz ustawę o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy.

"Znowelizowane zapisy tych ustaw pozwalają nam implementować sankcje przewidziane m.in. przez ostatnią Rezolucję RB ONZ nr 2397 z grudnia 2017 r., która przewiduje wydalenie wszystkich pracowników z KRLD w przeciągu 24 miesięcy. Rząd polski jest przekonany, że dotrzyma przewidzianego przez rezolucję terminu, a wszyscy pracownicy z KRLD opuszczą nasz kraj" - dodano.

Do chwili nadania depeszy PAP nie udało się uzyskać stanowiska Partner Stoczni, która - według doniesień BBC - miała zatrudniać pracowników z Korei Północnej.

Zachodniopomorski Urząd Wojewódzki także nie odpowiedział PAP, czy w stoczni pracują bądź pracowali obywatele KRLD. Przesłał jednak informacje, z których wynika, że w urzędzie w 2016 r. wydano łącznie 20 zezwoleń na zatrudnienie obywateli Korei Północnej, w 2017 r. jedno takie zezwolenie, natomiast w tym roku żadnego.

Z informacji urzędu wynika także, że w ub.r. obowiązujących, czyli aktywnych było 55 zezwoleń na pobyt czasowy i pracę wydanych w Zachodniopomorskim Urzędzie Wojewódzkim w latach poprzednich.

Tom Keatinge, dyrektor centrum ds. studiów nad bezpieczeństwem i przestępstwami finansowymi w londyńskim think tanku Royal United Services Institute (RUSI), powiedział BBC, że pracownicy są "dobrem eksportowym (Korei Północnej); ludźmi wysyłanymi do pracy za granicą, żeby zarobili pieniądze, których część - jeśli nie całość - wspiera program nuklearny" Kim Dzong Una.

"Ma się do wyboru dwie opcje: albo zostaje się w Korei Północnej, gdzie można nie mieć żadnej pracy, nic nie zarabiać i mieć problem z wykarmieniem siebie i rodziny albo jest się gotowym rozpatrzyć opcję, która dla nas jest okropna, ale może być lepsza niż pozostanie w domu" - dodał Keatinge.

Inny rozmówca BBC, Remco Breuker z uniwersytetu w holenderskim mieście Leiden, dodał, że pracownicy przechodzą testy ideologiczne na wierność partii komunistycznej, a także zbierane są szczegółowe informacje na temat najbliższych osób. "Jeśli uciekniesz, twoja rodzina zapłaci cenę" - powiedział.

Według dziennikarzy BBC w Polsce pracuje nawet 800 obywateli Korei Północnej. Jak zaznaczyli, do 2014 roku pracowali m.in. w stoczni w Gdyni, ale zrezygnowano z ich usług po tym, jak jeden z nich zmarł w miejscu pracy.

"Pracowałem w tej stoczni i dostawaliśmy zlecenia z tej firmy, ale nie podobało im się, że Koreańczycy pracowali nad ich statkami. Powstrzymali nas od pracy i anulowali nasze kontrakty" - powiedział anonimowo jeden z byłych pracowników, dodając, że Koreańczycy "żyją w zamkniętej grupie, nie mają wolności i piją, żeby zapomnieć o swojej sytuacji".

Reporterzy odkryli jednak, że po rezygnacji z ich usług w Gdyni część z północnokoreańskich pracowników przeniosła się do Szczecina, gdzie zarejestrowana jest firma Redshield Sp. z o.o., której prezesem jest Pak Jong Ho.

Podszywając się pod agencję rekrutacyjną ekipie BBC udało się wejść na teren szczecińskiej Partner Stoczni, największej prywatnej stoczni w regionie. W nagranej z ukrycia rozmowie ochroniarz przyznał, że "to są Koreańce, to jest spółka i oni po całym Szczecinie robią - tu robią i w innych firmach".

"+Dzień dobry+, +klucze chce+ i więcej nic (po polsku) nie umie. (...) Im nie wolno. On się boi. (...) Oni to tak jak u nas za komuny, że nie wolno nic, bo się może przeciągnąć na Zachód. Tak mają zakazane, oni nie chcą rozmawiać, on ma tylko robić" - tłumaczył mężczyzna.

Dziennikarze nagrali również rozmowę z kierownikiem zmiany Koreańczyków, który łamaną polszczyzną wyjaśniał, że "tutaj pracujemy z tą stocznią, (...) oni dobrze wiedzą, z czego mają korzyści, bo (...) chłopaki pracowali zawsze w stoczniach w Polsce".

"Tylko biorą taki urlop bezpłatny, na termin wykonania... (...). Nie tak jak Polacy, osiem godzin robią i pójdą. Nie tak, jak potrzeba to nawet... po 10, 11 i jeszcze tam bez przerwy na przykład" - dodał.

Pytani o to, czy mogą pracować w Polsce i Niemczech, Pak Jong Ho powiedział, że jego firma wykonuje jedynie pracę na terenie Polski.

Ekipa BBC nagrała również rozmowy z przedstawicielami współpracującej z Stocznią Partner spółki J.M.A., którzy w serii zarejestrowanych w języku niemieckim spotkań potwierdzili, że pracują dla nich Ukraińcy oraz Azjaci z Uzbekistanu, Wietnamu i Korei, z których wielu mieszka jednocześnie na terenie zakładów.

"Jeśli spytasz Polaków, +czy chcesz pracować w weekend+, to powiedzą +nie, nie ma szans, muszę pić+. Ale jeśli spytasz Azjatów, powiedzą, że nie ma problemu - w ciągu dnia, w ciągu nocy, nie ma problemu" - tłumaczył jeden z kierowników firmy.

W innej rozmowie przekonywał, że rozumie, że zatrudnianie osób, które mogą tym samym wspierać północnokoreański reżim może wywoływać kontrowersje, ale tłumaczył, że jeśli dzięki temu "zobaczą świat, zarobią parę złotych lub dolarów, to może pomóc całej ich rodzinie".

W późniejszych oświadczeniach zarówno Partner Stocznia i J.M.A. zaprzeczyły, jakoby zatrudniały osoby z Korei Północnej i zapewniły, że wszyscy pracownicy pracują zgodnie z prawem.

Oceniając zgromadzony materiał, Keatinge stwierdził, że "każdy, kto pracuje i nie ma dostępu do zarobków; kto jest pozbawiony dokumentu pozwalającego na podróżowanie; kto pracuje tyle godzin, ile zarzuca się tym pracownikom, jest zniewolony".

Z kolei Breuker dodał, że jego zdaniem "to przypadek współczesnego niewolnictwa". "Ci ludzie nie mają dokąd pójść, nie mogą odejść z pracy, nie mogą sprzeciwić się temu, czego się od nich oczekuje, i nie dostają pieniędzy" - wyliczał.

W grudniu ub.r. w ramach najnowszej fali sankcji wobec reżimu w Pjongjangu Rada Bezpieczeństwa ONZ przyjęła rezolucję zobowiązującą wszystkie państwa do wydalenia północnokoreańskich pracowników w ciągu dwóch lat.

Wcześniej podobne doniesienia dotyczące przymusowej pracy Koreańczyków w Polsce publikował m.in. "New York Times".