Trwająca w Tybecie pacyfikacja antychińskich wystąpień to klęska polityki XIV Dalajlamy, który od 20 lat dąży do dialogu z Chinami. Pekin konsekwentnie pozostaje ślepy na ustępstwa tybetańskiego lidera i głuchy na apele zachodnich przywódców, którzy zachęcają Chiny do podjęcia rozmów. Dalajlama odniósł jednak sukces: tybetańska diaspora w Indiach stała się ostoją demokracji.

"My nie krytykujemy samego Dalajlamy, tylko jego politykę" - mówi Tsewang Rigzin, prezes Kongresu Młodzieży Tybetańskiej. To właśnie ta organizacja od kilku miesięcy najmocniej prze do przedolimpijskich protestów. Demonstracje, głodówki, marsze, a nawet wybory Miss Tybetu - młodzi uchodźcy mają niejeden pomysł na wywołanie szumu wokół swej sprawy. To oni zbierają baty od policji, pikietując zaciekle chińskie ambasady w Nepalu, Indiach czy Australii. To oni - zdaniem wielu - wykorzystali swoich łączników, by zachęcić młodzież i mnichów w Tybecie do ostatnich protestów, które sprowadziły brutalną odpowiedź Pekinu. "Nie mamy innego wyjścia. Musimy domagać się niepodległości, bo podejście Dalajlamy prowadzi nas donikąd" - przekonuje Rigzin.

Testament z poprzedniego życia
XIV Dalajlama przez długie lata nie wiedział, jak poradzić sobie z Chinami. Poprzednik zostawił mu jedynie mroczny testament napisany tuż przed śmiercią w 1933 r. pod wpływem doniesień z Mongolii, gdzie prosowiecki reżim pierwszy na Dalekim Wschodzie zaczął budowę komunizmu. Słysząc o burzeniu tamtejszych klasztorów, mordowaniu lub wcielaniu mnichów do wojska, XIII Dalajlama wysnuł czarną wizję: "Nasza religia i kultura zostaną kompletnie wykorzenione. Imiona Dalajlamy i Panczenlamy zostaną wymazane. Klasztory będą ograbione i zburzone, a mnisi i mniszki przegnani. Staniemy się niewolnikami. Dni i noce będą płynąć powoli, w cierpieniu i w strachu".

Rada była tylko jedna: nie wolno popełnić żadnego błędu. Kilkuletni XIV Dalajlama po wielokroć przepisał te słowa, bo na tekście testamentu ćwiczył kaligrafię. Rozpoznany w wieku 2 lat jako nowe wcielenie władcy Tybetu trafił do stolicy Lhasy, gdzie gruntownie wykształcono go na znawcę buddyjskiej filozofii. O świecie zewnętrznym i naturze komunizmu nie dowiedział się jednak wiele. W młodości jedynym jego przewodnikiem po tajemnicach Zachodu stał się Heinrich Harrer, austriacki alpinista, który w 1944 r. zbiegł z brytyjskiej niewoli w Indiach i po długiej tułaczce dotarł do Lhasy. Harrer, zdeklarowany nazista i esesman, poza odrazą do bolszewizmu z pewnością nie miał jednak rad, które przystawałyby do realiów Tybetu. Dalajlama słowem nie wspomina o nim w swojej autobiografii, choć przecież książka Harrera "Siedem lat w Tybecie" stała się światowym bestsellerem.

W 1950 r., wstępując na tron w wieku 15 lat, XIV Dalajlama mógł tylko patrzeć, jak chińskie wojska wkraczają do Tybetu, by spełnić kasandryczne wizje jego poprzednika. Zmodernizowana na wzór brytyjski kilkutysięczna tybetańska armia nie miała szans z mrowiem chińskich czerwonoarmistów.

Pierwsza faza chińskich rządów była jednak względnie łagodna. Młody przywódca zaczął nawet myśleć, że nie taki diabeł straszny. Spodobało mu się, że komuniści dbają o ubogich i ostro postępują z tybetańskimi feudałami, którzy blokowali reformy jego poprzednika. W 1954 r. zgodził się pojechać do Pekinu na audiencję u Mao Zedonga. "Oszczędzał słowa i mówił zdaniami krótkimi, precyzyjnymi i pełnymi znaczenia, ciągle przy tym paląc. Ta maniera zdobywała umysły słuchaczy, sprawiała wrażenie łagodności i szczerości" - wspomina w autobiografii, dodając, że Mao zrobił na nim duże wrażenie.

Wielki Sternik szybko pokazał jednak prawdziwą twarz. Podczas drugiej rozmowy z 19-letnim Dalajlamą nachylił się i konfidencjonalnym tonem wyznał: "Rozumiem cię, ale przecież religia to trucizna". Po powrocie do kraju młody władca nie miał już wątpliwości co do intencji komunistów.

W 1956 r. mieszkańcy północno-wschodniej części Tybetu stanęli do walki. Według Dalajlamy - bo nie spodobały im się nowe "ludowe władze" z chińskiego nadania. Według zachodnich historyków, na czele rebelii stanęli tybetańscy posiadacze ziemscy, którzy bali się, że Chińczycy wprowadzą reformę agrarną i rozdadzą ziemię chłopom, tak jak to już zrobili u siebie. W 1959 r. powstanie rozlało się na cały kraj, a Chińczycy utopili je we krwi.

Ile osób wtedy zginęło, nie wiadomo dokładnie do dziś, mówi się o dziesiątkach tysięcy. Dowiedziawszy się, że Chińczycy planują go zgładzić, Dalajlama uciekł do Indii. Za nim podążyło 80 tys. Tybetańczyków.

Najgorsze dla Tybetu dopiero miało nadejść. Ziemię rozdano chłopom, by zaraz ją skolektywizować. W czasie rewolucji kulturalnej (1966 - 1976) kraj najechało chińskie wojsko i hunwejbini. W imię walki z "feudalnym zabobonem" klasztory plądrowano, palono i bombardowano, łącznie z bezcennymi rzeźbami i księgami. Mnichom i mniszkom nakazano życie świeckie, opornych zmuszając m.in. do publicznych stosunków. Na Dachu Świata powstała sieć obozów pracy i więzień, w których tortury były na porządku dziennym.

Tybetańczycy na wygnaniu obliczyli, że do odwilży pod koniec lat 70. zginęło 1,2 mln ich rodaków. Zachodni badacze mówią o 300 - 800 tys. ofiar chińskiego terroru.

Nie zawsze taki pokojowy
"Może wybuchnąć kolejne tysiąc powstań i tysiąc razy Chińczycy mogą je zmiażdżyć, ale nigdy nie zabiją ducha wolności, który jest w każdym z nas. Moi ludzie będą ciągnąć walkę, póki Tybet znów nie zajmie swego prawowitego miejsca pośród niepodległych narodów świata" - oświadczył Dalajlama 10 marca 1971 r.

Popularny na Zachodzie i powtarzany przez przedstawicieli Dalajlamy stereotyp mówi o wrodzonej łagodności Tybetańczyków, ale prawda jest taka, że nie tracili oni okazji, by o niepodległość walczyć. Jeszcze przed powstaniem 1959 r. otoczenie Dalajlamy nawiązało kontakt z amerykańską CIA, która pomagała tworzyć w Tybecie partyzantkę. W ruch niepodległościowy zaangażowali się dwaj starsi bracia władcy, Thubten Norbu i Gyalo Thondup. Dzięki ich współpracy z Amerykanami w powstaniu z 1959 r. brali ludzie szkoleni w USA i Nepalu, niektórzy zostali nawet zrzuceni do Tybetu na spadochronach.

W "Kundunie", biograficznym filmie Martina Scorsese, Dalajlama wraz z przybyciem do Indii jest gotów wyrzec się przemocy. Ta scena niekoniecznie jest jednak prawdziwa. W 1998 r. biuro XIV Dalajlamy w Indiach przyznało, że przez całe lata 60. otrzymywało 1,7 mln dol. rocznej pomocy od USA. Pieniądze szły głównie na szkolenie partyzantów, którzy nękali Chiny z terytorium Nepalu.

Każdego 10 marca, w rocznicę powstania w Lhasie w 1959 r., Dalajlama wydawał płomienne oświadczenia do narodu. W tym czasie jeszcze nie podróżował po całym świecie, by głosić pokój. Nowy, łagodniejszy ton przyjął dopiero w 1972 r., kiedy prezydent Richard Nixon wybrał się z wizytą do Chin, bo uznał, że w rozgrywce przeciw ZSRR lepiej mieć Pekin po swojej stronie.

Pomoc CIA dla Tybetańczyków została wówczas cofnięta i w ciągu kilku lat działalność partyzancka osłabła. W kolejnych wystąpieniach 10 marca Dalajlama już mniej mówił o walce, a więcej o podtrzymywaniu ducha narodu, religii i kultury.

W 1980 r. po raz pierwszy pochwalił "wyrozumiałość" Chińczyków, a rok później napisał list do Deng Xiaopinga - lidera chińskich komunistów i ojca reform gospodarczych, które stworzyły dzisiejsze Chiny. "Wierzę w ideologię komunistyczną, która poszukuje dobra ludzi w ogólności, a proletariatu w szczególności. Zgadzam się z leninowską polityką równego traktowania mniejszości narodowych. Doceniam dyskusje, które prowadziłem z przewodniczącym Mao" - deklarował Tybetańczyk.

Ten gest uległości wobec Chin otworzył nowy rozdział, bo odpowiedział na niego Hu Yaobang, sekretarz partii i człowiek frakcji reformatorskiej, który zaprosił Dalajlamę do powrotu do Tybetu, gdzie zaczęła się polityczna odwilż. Ruszyły rozmowy, a w czerwcu 1988 r. Dalajlama ogłosił w Parlamencie Europejskim nową politykę - "drogę środka". To wtedy zrezygnował z niepodległości i zaczął dążyć jedynie do rzeczywistej autonomii Tybetu. Pekin zareagował pozytywnie, uzgodniono, że w styczniu 1989 r. w Szwajcarii odbędą się rozmowy w tej sprawie.

Pech chciał, że reformatorzy zaczęli tracić wpływy w partii. Widząc, że liberalizacja zachęca studentów i inteligencję do wołania o demokrację, Deng Xiaoping zaczął się obawiać o przyszłość partii. W grudniu Pekin odwołał w Tybecie przychylnego tubylcom sekretarza partii, a na jego miejsce wyznaczył młodego i ambitnego Hu Jintao.

Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie: w grudniu na ulicach Lhasy otwarto ogień do demonstrantów. W marcu przed kolejną rocznicą powstania z 1959 r. wprowadzono w mieście stan wojenny. W kwietniu zmarł Hu Yaobang, co Chińczycy odebrali jako symboliczny koniec reform. W Pekinie ruszyły protesty, które 4 czerwca znalazły krwawy finał. Po latach wygnania i wielkiej politycznej wolcie, Dalajlama wrócił do punktu wyjścia. - Lata 80. to był jedyny moment, kiedy po chińskiej stronie pojawiła się autentyczna wola dialogu. Dalajlama zrobił wszystko, by ten dialog podjąć. Jego dzisiejsza sytuacja jest już dużo gorsza - mówi Adam Kozieł z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Od partyzantki do Nagrody Nobla
Fatum testamentu XIII Dalajlamy niespodziewanie pomogli przełamać Norwegowie. W grudniu 1989 r. jego następca odebrał Pokojową Nagrodę Nobla. Ten splendor pozwolił mu uruchomić przeciw Chinom nowy potencjał - media i zachodnią opinię publiczną. Kiedy w latach 90. Chiny nasiliły w Tybecie akcję kolonizacyjną, Dalajlama stał się częstym gościem polityków i gwiazd. Spotykał się z głowami państw, m.in. Georgem Bushem (ojcem) i Billem Clintonem, a także z Janem Pawłem II.

Stary, pozytywny stereotyp Tybetu na Zachodzie stał się nową bronią uchodźców przeciw Chinom. Sam Dalajlama zaczął się ukazywać jako nowożytny Mahatma Gandhi, wygłaszając na całym globie wykłady o wyrzeczeniu się przemocy. Nie szczędził czasu dla gwiazd Hollywoodu, a amerykańska fabryka snów odwdzięczyła mu się obrazami bajkowego Tybetu i wyidealizowanego Dalajlamy. Filmy "Kundun", "Mały Budda" czy "Siedem lat w Tybecie" nagłośniły tragedię Tybetańczyków i wywołały na Zachodzie, szczególnie w USA, modę na tybetański buddyzm.

Ale Chin to nie zmiękczyło. - Tragedia Dalajlamy polega na tym, że Chińska Republika Ludowa to nie Imperium Brytyjskie. Wyrzeczenie się przemocy i agresji robiło wrażenie na Anglikach, ale dla chińskich przywódców to po prostu oznaka słabości - mówi Adam Kozieł. I dodaje: - Fantastyczne hasło o rzekomej łagodności, powtarzane jako propaganda przez tybetańskie władze, dodatkowo komplikuje sytuację i daje argument do ręki Pekinowi. Kiedy teraz wybuchły zamieszki w Lhasie, Chińczycy najpierw sfilmowali wściekły tłum niszczący sklepy, a dopiero potem zabrali się do pacyfikacji. Chińskie media mogą teraz powtarzać, że Dalajlama to kłamca, który wygłasza puste frazesy o pokoju.

W latach 90. komuniści pozostali głusi nawet na pochwały, które Dalajlama zaczął wygłaszać pod adresem ich ideologii, kiedy chińska gospodarka ruszyła ostro z kopyta. "Uważam, że w marksistowskiej teorii ekonomicznej jest bardzo istotny pierwiastek moralny. Marksizm, socjalizm interesuje się nie tylko tym, jak zarabiać pieniądze, ale także jak je dzielić. Czasem określam siebie jako pół marksistę, a pół buddystę" - mówił Dalajlama w rozmowie z Adamem Michnikiem w 1998 r.

Chiny wyciągnęły rękę do Tybetańczyków dopiero w 2002 r., kiedy zaklepały już sobie prawo do organizacji igrzysk. Wysłannicy Dalajlamy podjęli nową serię rozmów, które znów spełzły na niczym. - Piłka jest teraz po chińskiej stronie, ale Pekin nie przejawia żadnej woli dialogu. Rozmowy utknęły w martwym punkcie, bo Dalajlama pragnie poszanowania dla naszej kultury na całym obszarze historycznego Tybetu, a Chiny chcą rozmawiać tylko o Tybetańskim Regionie Autonomicznym, który stanowi zaledwie połowę kraju - mówi Tsering Tashi, przedstawiciel emigracyjnego rządu tybetańskiego w Londynie.

Brak efektów rodzi rozgoryczenie wśród najmłodszego pokolenia uchodźców, którzy wbrew stanowisku swego lidera i rządu coraz głośniej dopominają się o niepodległość, a nawet krytykują dalajlamę. - Tu nie ma sprzeczności. Jesteśmy demokratycznym społeczeństwem - deklaruje Tsering Tashi.

Demokrata, który może wszystko

"To jeden z ważniejszych elementów spuścizny, którą pozostawi po sobie Dalajlama" - mówi Adam Kozieł. "Jeśli kiedykolwiek pojawi się szansa, by uchodźcy wrócili do kraju, zaniosą tam demokratyczne instytucje nadal nieznane w Chińskiej Republice Ludowej".

Chociaż chińska propaganda powtarza, że emigracyjny władca Tybetu reprezentuje stary feudalny porządek, to właśnie jego z woli już w 1961 r. ruszył w Indiach emigracyjny tybetański parlament. W 2000 r. odbyły się pierwsze bezpośrednie wybory szefa rządu, którym został bliski współpracownik lidera Samdhong Rinpocze. Tybetańska struktura władzy, która przed chińskim podbojem obracała się wokół dalajlamów, dziś oparta jest na demokratycznych mechanizmach. Zdaniem wielu obserwatorów, Dalajlama od lat bije się z myślą by odejść i zaszyć się w pustelni, ale trwa na posterunku ze względu na autorytet, jakim cieszy się w Chinach.

"O ile uchodźcy mają do niego krytyczny stosunek, to w Tybecie jest traktowany jak Jan Paweł II w komunistycznej Polsce. Tym bardziej że on nigdy nie mógł wrócić do ojczyzny. Pozostaje mityczną postacią, dla której Tybetańczycy są gotowi zrobić wszystko" - uważa Kozieł. "Jeżeli Chiny mają jeszcze kiedykolwiek podjąć dialog z Tybetańczykami, to on jest mężem opatrznościowym. Bo smutna prawda jest taka, że emigracyjny rząd w Indiach będzie miał w Chinach i Tybecie tyle posłuchu, co u nas rząd londyński".

Dalajlama szykuje także scenariusz na wypadek, gdyby go zabrakło. Od kilku lat często pokazuje się z XVII Karmapą, liderem jednej z szkół tybetańskiego buddyzmu, który ustępuje mu w hierarchii. Ten 22-letni dziś mnich zasłynął w 2000 r. brawurową ucieczką z Tybetu, czym rozsierdził chińskie władze i podbił serca swoich rodaków w kraju i na emigracji. Chociaż w Tybetańskim Regionie Autonomicznym jego popularność jest zwalczana podobnie jak kult Dalajlamy, to w innych rejonach Tybetu krąży legenda uciekiniera.

"Śmierć Dalajlamy przyniesie Tybetańczykom polityczną pustkę, bo tradycja popycha ich raczej do liderów z nadania religijnego niż politycznego. Karmapa, który już słynie nie tylko z odwagi, ale i z charyzmy może tę pustkę wypełnić" - mówi Kozieł. Już w maju młodego lamę czeka pierwszy dyplomatyczny test, bo ma wyruszyć w swą pierwszą zagraniczną podróż do USA. Zbliżające się igrzyska w Pekinie i trwający dramat w Tybecie z pewnością umieszczą go w świetle reflektorów.

Tymczasem Pekin snuje własne długofalowe plany. We wrześniu ubiegłego roku wprowadził w życie prawo, które pozwala chińskim urzędnikom zatwierdzać legalność nowych wcieleń wysokich, tybetańskich lamów. Według ekspertów po śmierci XIV Dalajlamy Chińczycy spróbują podstawić na jego miejsca figuranta, tak jak już zrobili w latach 90. po śmierci X Panczenlamy. Chłopiec uznany przez Tybetańczyków za nowe wcielenie tej drugiej w lamajskiej hierarchii postaci znikł, a jego miejsce w Chinach zajął figurant, który ostatnio pojawia się tylko po to, by komplementować komunistyczne władze.

Tybetańczycy zarzekają się, że nigdy nie uznają żadnego, chińskiego antypanczenlamy ani antydalajlamy. Sam XIV Dalajlama odpowiedział na te plany zapowiedzią, że swego następcę może wyznaczyć jeszcze za życia. Paradoksalnie chiński MSZ skrytykował go wówczas za... gwałt na tybetańskiej tradycji.

Czas między śmiercią starego dalajlamy a narodzinami jego następcy zwykle wynosił bowiem przynajmniej dziewięć miesięcy, a nawet kilka lat. Ale bywał też krótszy, a lamaizm zna przypadki, kiedy kiedy jedna osoba odradzała się w kilku wcieleniach naraz, a dwa wcielenia - stare i nowe - współistniały obok siebie. Dalajlama - jak wierzą pobożni Tybetańczycy - może wszystko, bo na drabinie oświecenia zajmuje miejsce zaraz po Buddzie.

Zresztą już przed laty lider Tybetańczyków znalazł prostszy sposób, by uniknąć intryg Pekinu. Ogłosił, że jego nowe wcielenie może pojawić się poza ojczyzną.