To było pierwsze od 26 lat przemówienie francuskiego prezydenta w izraelskim parlamencie. Swoje osobiste zaangażowanie Sarkozy podkreślił, przypominając, że jego dziadek był Żydem. Jednak szczególną owację wywołały jego zdecydowane słowa na temat teherańskiego programu jądrowego, który jest dziś dla Izraela podstawowym problemem, jeśli chodzi o bezpieczeństwo zewnętrzne. "Izrael nie pozostanie sam! Francja stanie na drodze atomowych ambicji Iranu. Nie cofniemy się przed nawet najsurowszymi sankcjami" - te słowa wywołały wczoraj aplauz. Tym większy, że jak ujawnił "New York Times" w ostatnich dniach izraelskie lotnictwo i marynarka przeprowadziły na Morzu Śródziemnym manewry, które wielu uznało za przygotowanie do prewencyjnego zbombardowania irańskich instalacji jądrowych.

Dużą część swego przemówienia Sarkozy poświęcił na udowodnienie, że Francja, od lat znana z proarbaskich sympatii, dziś jest najlepszym przyjacielem Izraela. Nazwał państwo żydowskie "jedną z najbardziej autentycznych demokracji świata”, krajem, który został zbudowany na "niespotykanym cierpieniu i nadziei”, i jak nikt inny jest nosicielem "wartości uniwersalnych”. Ale jako "przyjaciel Izraela” przyznał otwarcie: "najlepszą gwarancją bezpieczeństwa jest powstanie niezależnego, demokratycznego i zamożnego państwa palestyńskiego. Dlatego Izraelczycy powinni wstrzymać kolonizację terytoriów okupowanych i uznać Jerozolimę za stolicę zarówno Izraela, jak i Palestyny".

Ta deklaracja, choć kontrowersyjna, została przyjęta oklaskami m.in. przez premiera Ehuda Olmerta. Zdaniem "Jerusalem Post” izraelski rząd przygotowuje już poufny plan pokoju z Palestyńczykami, który uwzględnia wskazane przez Sarkozy’ego kierunki i mógłby zostać przyjęty już pod koniec roku. Jego pierwszym elementem ma być zawarty przed kilkoma dniami rozejm z radykalnym Hamasem.

Taki kalendarz dobrze wpisuje się też w plany Sarkozy’ego. Francja przejmuje właśnie przewodnictwo w UE i mogłaby w tym czasie sporo zdziałać dla zbliżenia między Izraelem i Palestyńczykami. "Jeśli Izraelczycy zechcą z nami współpracować, z Palestyńczykami nie będzie problemów. Nikt nigdy tak bardzo nie pomagał Autonomii jak Bruksela. Jeśli nie na nas, to na kogo mają liczyć" - pytał wczoraj retorycznie w rozmowie z DZIENNIKIEM francuski dyplomata w Brukseli.

Wielu obserwatorów uważa zresztą, że Sarkozy wybrał idealny moment na swoją bliskowschodnią ofensywę. Kończący swoją kadencję prezydent USA George W. Bush ma tak nikłe poparcie nie tylko w USA, że nie jest już w stanie odegrać znaczącej roli w procesie pokojowym. Nie może też tego zrobić ani brytyjski premier Gordon Brown, który zbyt mocno kojarzy się Palestyńczykom z proizrealskim kursem Waszyngtonu, ani kanclerz Angela Merkel, która ma związane ręce rolą Niemiec w Holokauscie.

To pozostawia wolne pole Francuzom. Paryż już działa - podjął właśnie starania, by przekonać reżim Baszara Al-Asada do zerwania z Teheranem. Już 13 lipca dyktator Syrii ma razem z premierem Izraela wziąć udział w Paryżu w ceremonii utworzenia Unii Śródziemnomorskiej. Izraelczykom taka strategia się podoba. Sami za pośrednictwem Turcji także podjęli rozmowy z Damaszkiem. Scenariusz porozumienia polegałby na uznaniu przez Syryjczyków Izraela i zaprzestaniu wspierania libańskiego Hezbollahu - wszystko to w zamian za oddanie przez państwo żydowskie zajętych w 1967 r. Wzgórz Golan.

p

Jędrzej Bielecki: Czy Francja, i szerzej Unia Europejska, może zastąpić USA w roli głównego arbitra procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie?

Calev Ben-David*: Jeśli idzie o stosunki Izraela z Autonomią Palestyńską to raczej niemożliwe. Tu musimy bezwzględnie polegać na USA, bo Francja i szerzej Europa nadal stoi na stanowisku, które naszym zdaniem nadal jest bliższe Arabom.

Francja może natomiast odegrać kluczową rolę w doprowadzeniu do pokoju między Izraelem a Syrią i Libanem. Ze względów historycznych i politycznych Paryż ma większy wpływ na te kraje niż Waszyngton. Jeśli w przyszłym miesiącu na szczycie Unii Śródziemnomorskiej w Paryżu premier Izraela poda rękę prezydentowi Syrii, będzie to zasługa Francuzów. To może bardzo ułatwić rozwiązanie sporu o Wzgórza Golan i osłabić wpływy Iranu.

USA najmocniej zaangażowały się w powstrzymanie atomowych ambicji Iranu. Czy twarda deklaracja Sarkozy’ego w tej sprawie jest jeszcze do czegoś Izraelowi potrzebna?

Bardzo potrzebna! To Unia Europejska, a w szczególności Niemcy, mają największe interesy gospodarcze w Iranie. Jeśli mimo to Sarkozy zapowiada tak stanowczy opór wobec Teheranu, to jest to poważny sygnał dla ajatollahów, że żarty się skończyły. Być może pomoże to także przekonać Rosję i Chiny do zajęcia takiej samej postawy.

Dlaczego Unia Europejska nie odgrywa na Bliskim Wschodzie większej roli niż USA?

Po prostu nie ma takich możliwości, nie jest jeszcze super-potęgą. Izrael wiążą ze Stanami Zjednoczonymi zupełnie fundamentalne umowy o bezpieczeństwie, co roku dostajemy od USA pomoc wartą ponad 3 mld dolarów. Unia nie może nam tego zapewnić. Ale jej rola na Bliskim Wschodzie będzie rosła, i to szybko.

* Calev Ben-David – główny komentator dziennika "Jerusalem Post"