Przed miesiącem światowe media obiegły zdjęcia zrobione z helikoptera przelatującego nad amazońską dżunglą w pobliżu granicy peruwiańsko-brazylijskiej. Półnadzy pomalowani na czerwono indiańscy wojownicy ostrzelali helikopter z łuków. To dobra wiadomość dla brazylijskiego rządu, który za wszelką cenę chce udowodnić, że masowa wycinka puszczy wcale nie szkodzi Indianom. Gorsza dla nich samych, bo w przeszłości prawie zawsze kontakt dzikiego plemienia z cywilizacją kończył się jego zagładą.

W sumie na całym świecie żyje około stu plemion, które nie utrzymują stałych kontaktów z cywilizacją. Niestety liczba ich członków ciągle spada - właśnie z powodu rozpychania się cywilizacji.

Zasłużonego rozgłosu nie zdobyły już kolejne obrazki opublikowane pod koniec czerwca przez organizację Survival International. Widać na nich uzbrojonych brazylijskich farmerów, którzy przy użyciu ostrej amunicji i granatów atakują wioskę Indian Makuxi w regionie Raposa Serra do Sol w pobliżu wenezuelskiej granicy. Farmerzy chcą przegonić Indian, aby móc wycinać las pod kolejne plantacje soi, jednego z głównych towarów eksportowych kraju. I choć region ten - także dzięki wsparciu Jana Pawła II - został kilka lat temu wpisany na listę obszarów chronionych, bogaci latyfundyści i ich armie pozostają bezkarni. W akcie desperacji dwóch Indian Makuxi ruszyło po pomoc do Europy. W mijającym tygodniu spotkali się m.in. z papieżem Benedyktem XVI. "Zrobię wszystko, co tylko możliwe, żeby pomóc chronić waszą ziemię" - usłyszeli z ust następcy Jana Pawła II.

Pomoc będzie potrzebna. To właśnie w amazońskiej dżungli żyje większość z izolujących się plemion. Ale ich izolacja nie jest pełna. Najczęściej wiedzą o istnieniu ludzi z innego niż ich świata i coraz częściej korzystają z jego dobrodziejstw. Ale też coraz częściej ten inny świat im zagraża. Południowoamerykańscy Indianie Yanomami pierwsze kontakty ze światem zewnętrznym mieli w latach 60. XX w. Dziś chodzą w T-shirtach i mają rzecznika prasowego. Jest im potrzebny, bo ich ziemie wielkości dwóch Szwajcarii najeżdżają nielegalni poszukiwacze złota. Roznoszą choroby i zatruwają rzeki, które Yanomami uważają za swoje. Indianie albo zostaną zamknięci w strzeżonym przez wojsko rezerwacie, albo powędrują do miast, gdzie zasilą rzesze biedoty, a ich kultura rozpłynie się globalnej papce.

Najszczęśliwsi ludzie

Jak kruchy i delikatny w zderzeniu z cywilizacją jest sposób życia pierwotnych ludzi, widać na przykładzie Sentinelczyków, wojowniczego plemienia z wyspy na Oceanie Spokojnym. Ilekroć helikopter zbliża się do Północnego Sentinelu, małej wysepki rzuconej na mapie 1000 kilometrów od brzegów Indii, wita go grad strzał i oszczepów miotanych z gęstej dżungli. Tak Sentinelczycy bronią swojej wyspy przez intruzami. Plemię liczące około 250 osób jest przez naukowców uznawane za najbardziej odizolowaną od świata społeczność. A przez wielu internautów także za najbardziej szczęśliwą. "Nikt nie chce szukać na ich ziemi ropy, wypasać bydła czy wycinać lasów. Pod tym względem mają więcej szczęścia niż wiele innych plemion żyjących do niedawna w izolacji" - mówi Miriam Ross z organizacji Survival International.

Sentinelczykom długo udawało się ukrywać przed cywilizacją, bo żyją na końcu świata. Ich wysepka leży na uboczu i tak zapomnianych przez Boga i ludzi Andamanów - archipelagu 576 wysp leżących między Zatoką Bengalską a morzem Andamańskim. Zaludnia go około 300 tys. mieszkańców, nad którymi formalną władzę sprawuje rząd Indii.

Wojowniczy Sentinelczycy to żywe skamieliny - pierwotni ludzie, u których niewiele zmieniło się od czasów neolitu, czyli od co najmniej 60 tys. lat.

Mieszkańcy wyspy najprawdopodobniej są potomkami ludzi, którzy przez półwysep Synaj opuścili Afrykę wraz z pierwszą falą migracji z Czarnego Lądu. Ich towarzysze podróży, którzy skręcili na północ, zdołali zasiedlić Azję, Europę i obie Ameryki. Wymyślili koło, rolnictwo, cegły, statki, proch, a w końcu także czołgi i bomby atomowe. A u Sentinelczyków nie zmieniło się prawie nic: chodzą nadzy, zbierają leśne owoce, polują na jaszczurki i żółwie, łowią ryby i mieszkają w szałasach. I ciągle nie chcą dołączyć do wielkiej globalnej wioski.

Choć okazji ku temu mieli co najmniej kilka. Od 1967 r. rząd Indii organizował tzw. ekspedycje kontaktowe. Miały one zachęcić Sentinelczyków do opuszczenia wyspy i zamieszkania z innymi ludźmi. Większość ekspedycji została przepędzona, zanim dotarła do brzegów. Jednak jedna z grup Sentinelczyków (żyją w ok. 40-osobowych rodzinach), zachęcona kokosami, które nie rosną na wyspie, nawiązała pokojowy kontakt. Naukowcy nie odważyli się wprawdzie wysiąść na ląd, ale z tego spotkania zachował się film, dzięki czemu wiemy, jak tajemniczy wojownicy wyglądają. Od niedawna najbardziej pierwotnych mieszkańców naszej planety można oglądać na Youtube.com. W wyszukiwarkę trzeba wpisać: Sentinelese.

Po publikacji filmu aktywiści z całego świata podnieśli alarm. Ostatnia pierwotna kultura była poważnie zagrożona. "Najczęściej taki kontakt dla plemion izolowanych przez długie lata kończy się zagładą" - mówi Miriam Ross. "Kultury takie jak Sentinelczyków pomagają nam docenić nieprawdopodobną różnorodność ludzkiego gatunku. Jeśli zginą, zginie wraz z nimi kolejny język i kolejna kultura" - dodaje Ross. W efekcie kampanii rząd Indii zaprzestał organizowania ekspedycji kontaktowych i objął wyspę ochroną.

Alkoholicy na rządowym garnuszku

W samą porę, bo w przeszłości podobne kontakty kończyły się fatalnie nie tylko dla wielu plemion w Ameryce Południowej, ale i dla pobratymców Sentinelczyków zamieszkujących sąsiednie wyspy. Takim plemieniem byli na przykład Wielcy Andamańczycy. Ich nieszczęście polegało na tym, że zamieszkiwali Wielki Andaman, największą wyspę archipelagu. To tutaj Brytyjczycy w połowie XIX w. założyli karną kolonię, a potem miasto Port Blair. Gdy Europejczycy dotarli na wyspę, żyło na niej blisko 5000 Wielkich Andamańczyków. Dziś jest ich 53 - prawie wszyscy są alkoholikami na rządowym garnuszku.

Niewiele lepiej mają się przedstawiciele plemienia Onge, których w 1900 r. było jeszcze 670, dziś jest stu. Nikt nigdy nie usłyszy już słowa w języku ludu Jangil, bo ostatniego przedstawiciela tego plemienia widziano w 1907 r., a więc ledwie kilkadziesiąt lat po przybyciu Brytyjczyków na wyspy.

Dlaczego kontakt z cywilizacją dziesiątkuje pierwotne ludy? Powodów jest kilka. Administrujące wyspami Indie przysyłają kolejnych hinduskich farmerów, którzy starają się zaprząc miejscowych do pracy w polu. Brytyjczycy już wcześniej robili to samo, tyle że siłą. Ale najbardziej zabójcze są choroby. W organizmach ludzi żyjących przez dziesiątki tysięcy lat w całkowitej izolacji nie wytworzyły się mechanizmy obronne przeciwko typowym dla większości Ziemian wirusom. Dlatego nawet zwykła odra potrafi błyskawicznie zdziesiątkować całe plemię. Na naszych oczach dzieje się to z kolejnymi mieszkańcami Andamanów, plemieniem Jarawa.

Do 1998 r. przedstawiciele tego ludu żyli tak jak Sentinelczycy w całkowitej izolacji. Dziesięć lat temu z nieznanych przyczyn kilku przedstawicieli plemienia wyszło z lasu i ruszyło na wyprawę do wiosek i miast. Maszyna cywilizacji wchłonęła ich błyskawicznie. Aby żyć z Hindusami i białymi, musieli zacząć się ubierać. Aby kupić ubrania, musieli iść do pracy. Gdy mieli pieniądze, zaczęli kupować używki, ale nie starczało im już na leki i lekarza. Trzy epidemie odry zgubiły plemię, które dziś liczy już tylko 250 - 350 osób.