Prąd nie może zniknąć. Sam człowiek jest stworzeniem elektrycznym. Gdyby nie przepływ mniejszych lub większych ładunków elektrycznych w naszym ciele -w układzie nerwowym, w sercu itp. -nas by nie było. W otaczającej nas przyrodzie niemal nie ma zjawisk elektrycznych. Istnieją wyładowania atmosferyczne, istnieją rzadkie gatunki południowoamerykańskich ryb elektrycznych. W naturalnym środowisku człowieka prąd elektryczny, ten, którego używamy na co dzień, jest w 100 proc. wytworem ludzkim.
Jak widać na przykładzie Szczecina, całe nasze istnienie jest dziś oparte na elektryczności. Kiedy w drugiej połowie XIX w. Michael Faraday kładł podwaliny pod naukę o elektryczności i
magnetyzmie, lord skarbnik królowej Wiktorii zapytał go: -Po co to wszystko? Faraday odpowiedział: -Nie mam pojęcia, lordzie, ale wiem, że któryś z pana następców będzie z tego pobierał
podatki. I rzeczywiście, wszystko, za co dziś płacimy podatki, ma związek z elektrycznością. Bo całe nasze życie oparte jest na jakimś kablu, bateryjce, akumulatorku.
Albo -jak to było w jakiejś powieści science fiction -przylatują kosmici żywiący się prądem i cały nam wyżerają.
Nasze życie, które znamy, niechybnie przestałoby istnieć. Jeszcze przez kilka dni działałyby samochody, pod warunkiem że zatankowaliśmy je zawczasu. Uchowałyby się mniejsze agregaty
napędzane ropą, ale też tylko do czasu wyczerpania paliwa. Nowego już nie uda się wydobyć. Rozładują się akumulatory w naszych telefonach komórkowych i laptopach, które i tak będą już
bezużyteczne, bo dawno stanęły serwery i stacje przekaźnikowe. Staną drukarnie, nie mówiąc o radiu i telewizji. Stracimy kontakt ze sobą nawzajem i z resztą świata. Władza nie będzie
potrafiła nam przekazać komunikatów o kryzysie -bo którędy?
Dramat przeżywać będą chorzy, których życie zależy od energii elektrycznej. Przestaną być podtrzymywane czynności życiowe osób nieprzytomnych. Skończy się możliwość dializowania tych
z niewydolnością nerek. Nie będzie można regulować wszczepionych rozruszników serc. W ciągu kilku tygodni i miesięcy ci chorzy będą musieli umrzeć. Ale umierać będą wszyscy, ludzkość
zacznie ginąć.
Ale my już nie będziemy mieli co jeść ani pić. Wyłączą się przecież pompy i stacje uzdatniania wody. W dużych miastach od dawna nie ma już wież ciśnień, więc nie da się dostarczyć
wody na wyższe piętra bez użycia prądu. Niewiele pomogą też nieliczne pompy ręczne, bo sięgają płytko -tam gdzie wody już dawno nie ma. A bez niej przestaniemy się myć. Zostanie nam woda
z Wisły, którą sami zatruliśmy. Zaczną nas dziesiątkować choroby. Będzie nam zimno i ciemno.
Świec też wkrótce zabraknie, bo wszystkie fabryki świec produkują je z wykorzystaniem prądu. Dawno już zapomnieliśmy, jak zdobyć jedzenie, światło i ciepło w sposób naturalny.
Większość z nas nie da sobie rady. Ale po miesiącach, może latach, ci, którzy zostaną, podejmą próbę ratowania się. Jeżeli udałoby się ocalić ludzi posiadających wiedzę, mieliby
spore szanse na sukces. W „Tajemniczej wyspie” Juliusz Verne opisuje historię kilku mężczyzn, którzy zrządzeniem losu znaleźli się na bezludnej wyspie i stanęli przed
koniecznością zbudowania cywilizacji od początku: od zdobycia ognia począwszy. Na szczęście znalazł się wśród nich uczony i inżynier Cyrus Smith, który posiadł całą ówczesną wiedzę.
Zdołał odtworzyć na tej wyspie ludzkie osiągnięcia i uczynić życie rozbitków niemal takim, jakie znali wcześniej. Tacy panowie Smithowie w chwili katastrofy będą na wagę złota. Jeśli
ocalilibyśmy ich wiedzę, nie musielibyśmy na nowo zaczynać całej drogi rozwoju: od Lukrecjusza, który pocierał bursztyn wełną i zauważył, że przyciąga on kawałki papirusu.
Mam nadzieję, że mądrzejsza od naszej. Miałaby nad nami wielką przewagę: naszą wiedzę i świadomość popełnionych błędów. Coś przecież spowodowało tę cywilizacyjną zapaść. A ja
zakładam, że czynnikiem, który wywołuje największe katastrofy, jest ludzka głupota. Jedynym na nią lekarstwem -ludzka mądrość. Mam więc nadzieję, że nie musielibyśmy już powielać
wszystkich głupot, jakie dziś definiują świat.
Na pewno nie. Nowa cywilizacja musiałaby się oprzeć na energii elektrycznej, ale nie ma żadnego powodu, by jej wytwarzanie ponownie uzależniała od źródeł kopalnych: węgla, ropy naftowej,
gazu. Będzie miała pełne pole do popisu, by urządzić to lepiej -chociażby oprzeć nowy świat na wodorze. Dziś już wiemy, jak to zrobić. Z przyczyn, których nie rozumiem, nie robimy.
Gdybyśmy 35 lat temu podczas pierwszego wielkiego kryzysu naftowego zrezygnowali z przestarzałych technologii i przestawili się na energetykę jądrową, teraz mielibyśmy już trzecią generację
reaktorów wytwarzających tanio, bezpiecznie i oczywiście bez emisji CO2 cały prąd, jaki się nam zamarzy, no i umożliwiający oparcie naszej indywidualnej mobilności (samochody, samoloty) na
wodorze. Moglibyśmy też inteligentniej zużywać węgiel i ropę dla chemii, a nie barbarzyńsko palić to w kotłach elektrowni. Bylibyśmy epokę dalej, mielibyśmy wielki energetyczny problem z
głowy. Ale nie zdobyliśmy się na ten krok. Moglibyśmy nareszcie -ciągle możemy -zbudować energetykę na lepszych, czystszych, normalniejszych zasadach.
Mam nadzieję, że nie. Że w porę zmądrzejemy, bo cena, jaką moglibyśmy zapłacić, jest niewyobrażalna. Zamiast szykować sobie piekło i czekać na katastrofę, weźmy się -bez
charakterystycznej dla pewnych ruchów ekologicznych histerii -do przemian, dopóki mamy na nie czas. Dopóki miliony ludzi jeszcze nie umierają na ulicach i dopóki woda wciąż dochodzi na 10.
piętro i nadaje sie do picia.
*Łukasz A. Turski jest profesorem fizyki teoretycznej w Centrum Fizyki Teoretycznej Polskiej Akademii Nauk i na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego