TOMASZ ŻÓŁCIAK: Nakręcił pan oryginalny klip wyborczy, w którym tańczy pan i śpiewa w rytm disco polo. Internauci nie szczędzą zgryźliwych komentarzy. Czy wybory samorządowe nie zaczynają przypominać konkursu piękności?

MICHAŁ ZALESKI: W programie wyborczym muszą znaleźć się elementy lekkie, łatwe i przyjemne. W klipie tym pokazuję w żartobliwej formie, układając dziecięce klocki, jak się buduje mosty, aby na chwilę przerwać monotonię dyskusji o inwestycjach, pieniądzach czy oświacie. Gdyby kampania skupiała się tylko na takiej formie, byłoby nie najlepiej. Ale klip ten to fragment wszystkich działań.

Co uznaje pan za największe osiągnięcie mijającej kadencji?

Mogę mówić nie o moich sukcesach, ale całego miasta. Naszym osiągnięciem jest intensywny rozwój Torunia. Udało się wybudować drugi most drogowy, na który mieszkańcy czekali kilkadziesiąt lat. Zakończyliśmy też budowę hali widowiskowo-sportowej. Toruń był jedynym miastem prezydenckim w województwie, które do tej pory takiej hali nie miało. Poprawiliśmy wizerunek Zespołu Staromiejskiego, który wpisano na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO, przeprowadziliśmy tam program rewitalizacyjny za ponad 100 mln zł. Za sukces uznaję też wybudowanie krótkiej, dwukilometrowej, ale niezmiernie potrzebnej linii tramwajowej do ważnego miejsca, jakim jest kampus Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Stworzyliśmy też dwa inkubatory dla młodych przedsiębiorców, otworzyliśmy lokalny odpowiednik warszawskiego Centrum Kopernika, czyli Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy. Dochodzimy do poziomu cywilizacyjnego, w jakim chcielibyśmy żyć, i to jest nasze największe osiągnięcie.

Miastu ostatnio się poszczęściło. Ministerstwo Infrastruktury i Rozwoju zdecydowało, że dotacja na nowy toruński most będzie większa o 149 mln zł. To ponad 10 proc. rocznego budżetu.

To istotny bonus finansowy. Taką decyzję podjęła Komisja Europejska w 2010 roku. Polska w swoim budżecie przez wiele lat nie miała takich pieniędzy dla nas – z UE pokryć można było 50-52 proc. kosztów inwestycji, ale nie 85 proc. Ale w końcu się znalazły. Konsekwentnie o to zabiegaliśmy przez ostatnie lata, a teraz jesteśmy w szczególnym okresie programowania, gdy następują rozliczenia i widać, gdzie lepiej, a gdzie gorzej wydano pieniądze i w związku z tym, gdzie można je przenieść.

Ten bonus finansowy zmniejszył wkład własny samorządu w budowę mostu. Jak to wpłynie na finanse?

W złotówkach trudno to wyrazić. Ale na pewno będziemy mieli korzystną sytuację dla rozwoju miasta. Będziemy mogli też ograniczyć zadłużenie, choć dziś trudno określić, w jakiej skali. Jeśli nie zostaniemy zmuszeni do zaciągania wysokich kredytów w najbliższych latach, to będziemy mieli więcej pieniędzy na bieżące funkcjonowanie miasta oraz sprawy społeczne.

Przez ostatnie lata miasto nadrabiało zaległości cywilizacyjne m.in. w zakresie sieci kanalizacyjnej. Czy czas już na inwestycje podnoszące komfort życia?

Wciąż pracujemy nad tzw. szkieletowym układem drogowym miasta. Wspomniany most drogowy jest fragmentem ok. 10-kilometrowego nowego przebiegu drogi krajowej 91, bezpłatnej alternatywy dla autostrady A1. Udało się zbudować nieco ponad 4 km tej trasy, więc czeka nas kolejnych 6 km do zbudowania. Musimy popracować nad połączeniem drogowym wschód-zachód. Rozpoczęliśmy dopiero budowę, dlatego jest to kwestia na kolejne lata. Ważnym wyzwaniem jest wyposażanie osiedli, czego oczekują mieszkańcy. Przez ostatnie lata zrobiliśmy porządek w tzw. grubej infrastrukturze, m.in. doprowadziliśmy kanalizację do prawie wszystkich domów w mieście. Wcześniej na osiedlach, zwłaszcza domów jednorodzinnych, były setki lub nawet tysiące szamb. Teraz chodzi o doposażenie tych miejsc w drobniejsze inwestycje, takie jak place zabaw, drogi rowerowe, ścieżki rekreacyjne czy boiska osiedlowe. Mamy 24 orliki. To dużo, jak na 200-tysięczne miasto. Ale okazuje się, że zapotrzebowanie jest ciągle duże. Dlatego chcemy skupić się na inwestycjach podnoszących jakość życia w konkretnych miejscach.

Skąd wiadomo, czego chcą mieszkańcy z zakresu drobnych inwestycji?

W ich wskazywaniu pomaga mechanizm budżetu partycypacyjnego, który funkcjonuje w Toruniu od dwóch lat. Mieszkańcy z pulą ponad 6,5 mln zł rocznie wskazują na zadania. To znakomity sposób, by wzajemnie się informować, co jest najbardziej potrzebne.

A jaki jest pana stosunek do ruchów miejskich? Szerokim echem odbiła się sprawa zaangażowania pańskich urzędników w proces przeciwko Stowarzyszeniu "Toruń bez hałasu”, głośno krytykujące pana i miejskie inwestycje. Miasto chciało rozwiązać organizację, bo dopatrzyło się nieprawidłowości przy powoływaniu zarządu. Sąd był innego zdania.

Uważam, że ruchy miejskie są bardzo potrzebne, samorządy potrzebują partnerów. Ale nie zawsze to działanie jest w symbiozie. Jeśli programy rozwojowe są szeroko dyskutowane i omawiane latami, a później, gdy dochodzi do ich realizacji, powstaje bunt bez uzasadnienia merytorycznego, powstaje problem. Stowarzyszenie, o którym pan wspomniał, to przykład organizacji, która w trakcie budowy mostu drogowego w Toruniu, w sposób skrajnie cyniczny dążyło do zatrzymania tej inwestycji. Cierpliwie, udowadniając racje miasta, składaliśmy wyjaśnienia we wszystkich możliwych sądach i instytucjach. I tak się sprawa skończyła. Absolutnie nie można tego łączyć z postępowaniem administracyjnym, które faktycznie dotarło do sądu i polegało na sprawdzaniu podstaw formalnych działania stowarzyszenia. Takie sprawy u nas regularnie się pojawiają, najczęściej wskutek doniesień.

Z jednej strony Toruń intensywnie pozyskuje środki unijne, z drugiej – pojawiają się zarzuty, że miasto balansuje na granicy finansowego ryzyka. Czasopismo „Wspólnota" podliczyło, że na koniec ubiegłego roku dług Torunia wyniósł 86,32 proc. rocznych dochodów, co daje pierwsze miejsce wśród 18 miast wojewódzkich. Bydgoszcz jest druga (72,4 proc.), trzecie miejsce zajmuje Poznań (69,41 proc.). Czy te wyniki pana nie martwią?

Dane są prawdziwe, ale żadnego ryzyka nie ma. W naszym zadłużeniu nie ma ani złotówki zaciągniętej na cele inne niż inwestycyjne. W okresie programowania unijnego zainwestowaliśmy 2 mld zł, z tego 960 mln to środki unijne. Trudno więc byłoby z takiej kwoty zrezygnować i nie wyłożyć z własnej kieszeni ponad 1 mld zł. Polskie miasta są zacofane i muszą nadrabiać zaległości. Na kanalizację i wodociągi wydaliśmy ponad 400 mln zł, otrzymując prawie 200 mln zł europejskich funduszy. Gdyby nie to, toruńskie osiedla dalej „pachniałyby” szambem. Zadłużenie miasta związane jest także ze zmianami ustawowymi. Od tego roku nie liczy się procent od dochodów, lecz istotna jest zdolność spłaty kredytu i odsetek. My tę zdolność mamy wykorzystaną w 66 procentach. Wystarczy nam pieniędzy na pełną obsługę wszystkich długów. Od wielu lat mamy nadwyżkę finansową na poziomie ponad 100 mln zł rocznie. Nie zaciągamy kredytów najwyższego ryzyka, naszym partnerem jest Europejski Bank Inwestycyjny, który oferuje najlepsze warunki spłaty, gdzie oprocentowanie jest poniżej WIBOR-u. Lepiej się nie zadłużać, ale nie należy przegapić okazji, w których 50 proc. inwestycji finansujemy z pieniędzy bezzwrotnych pochodzących z dotacji unijnych. Za kilka lat już tego nie będzie.

Toruń zakończył w tym roku jeden z największych w kraju programów konserwatorskich za 107 mln zł. W kolejnych latach na ochronę zabytków planowana jest kwota 300 mln zł z puli miasta i innych instytucji. To plan ambitny, ale czy realny?

Kwotę tę chcemy wydać do 2022 roku, a skala wydatków wynika z dokonanej przez nas inwentaryzacji potrzeb zabytków. Wydając te 300 mln zł, można powiedzieć, że będziemy mieli wszystko dopięte na ostatni guzik. Zdaję sobie sprawę, że być może trzeba będzie projekt rozciągnąć w czasie. Rozmawiałem na ten temat z wiceminister kultury Moniką Smoleń, być może trzeba będzie ograniczyć nasze potrzeby na czas perspektywy UE i w związku z tym zmniejszyć tę kwotę. Nie wiem jeszcze, o ile, pracujemy nad tym.

Miasto chce przyciągnąć młodzież. W 2015 roku ruszy nowy projekt – Miejski Program Stypendialny. Zaproponował pan 50 stypendiów rocznie w wysokości 400 zł dla studentów pierwszego roku i tyle samo dla osób kontynuujących studia. To przedwyborcza kiełbasa czy element szerszej strategii?

Absolutnie to nie jest przedwyborcza zagrywka. Pracuję 12 lat w urzędzie, może w pierwszej kadencji dałbym się na to złapać, ale nie teraz. Taki program był potrzebny, zabiegałem o niego od dłuższego czasu. Mamy w Toruniu ok. 40 tys. studentów, z czego ponad 30 tys. na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika. Nie możemy sobie pozwolić na to, że gdy kończy się rok akademicki, studenci odbierają dyplomy i wyjeżdżają z miasta. Kierujemy ten program do wybitnych studentów, być może z czasem kryteria trzeba będzie złagodzić i uwzględnić także tych może nie wybitnych, ale bardzo dobrych. Program nie został jeszcze uchwalony [w październiku odbędzie się drugie czytanie projektu uchwały na sesji Rady Miasta Torunia – red.], ale studenci już są nim zainteresowani. Kilka osób dzwoniło do naszego wydziału edukacji, żeby dopytać o szczegóły, a jedna osoba przyszła nawet z wnioskiem.

Jaki ma pan pomysł na Toruń na kolejne lata? Czy ma to być miasto przystankowe dla turystów podróżujących A1 nad morze, czy coś więcej?

Chcę, by było to miasto ciekawe dla mieszkańców i dla odwiedzających, które będzie odpowiadało na wyzwania ludzi, którzy oczekują konkretów. Chcemy wspierać przedsiębiorczość poprzez budowę inkubatorów czy przygotowywanie terenów dla firm. Jeśli miasto ma tętnić życiem studenckim, musi im coś oferować, np. obiekty kulturalne, sportowe, miejsca rekreacji. Samorząd odpowiada za infrastrukturę i warunki bytowe, ale nie może mieć wpływu np. na wydarzenia artystyczne. Może je wspierać. Trzeba przestrzegać podziału ról.