Sprawa masakry w kopalni Wujek z grudnia 1981 r. prawdopodobnie po raz ostatni wróciła wczoraj na wokandę sądową, po tym jak zarówno obrońcy skazanych przed rokiem funkcjonariuszy ZOMO, jak i ich oskarżyciele doprowadzili do rozprawy apelacyjnej. Pierwsi domagają się uniewinnienia wszystkich 15 skazanych w ubiegłym roku ZOMO-wców, drudzy zaostrzenia ich kar. Wyrok w najbardziej spektakularnym procesie o zbrodnie PRL ma zapaść dziś.

Na rozprawę trzeba było rezerwować miejsca, bo sala w katowickim sądzie nie pomieściłaby wszystkich chętnych, wśród których były rodziny ofiar i ich dawni koledzy. W takich okolicznościach dobiegał końca przewód trwający od 15 lat, który zwłaszcza na Śląsku budził coraz większe zniecierpliwienie.

W tym czasie rozpoczynano i kończono aż trzy procesy. W ostatnim wyroku, jaki zapadł rok temu, Sąd Okręgowy w Katowicach skazał 17 ZOMO-wców - dowódcę plutonu na najwyższą możliwą karę 11 lat więzienia, pozostałych na 2,5 roku. 15 skazanych odwołało się do sądu apelacyjnego, w ślad za nimi zrobili więc to samo oskarżyciele posiłkowi i prokuratorzy.

Sprawa górników z "Wujka" to jedna z dwóch zbrodni komunistycznych, które doczekały się nazwania i ukarania winnych, mimo wieloletnich prób zacierania śladów oraz mnożenia rozpraw i odwołań przed sądami. Przewlekłość wszystkich rozpraw i procesów uznawana była powszechnie za symbol niemocy demokratycznego państwa. Często zwracano uwagę, że to symptomatyczne dla spraw najnowszych zbrodni PRL.

"Można powiedzieć, że sprawa <Wujka> i Przemyka to sukcesy, jednak w tych sprawach wyroki zapadają dzięki temu, że przez medialne nagłośnienie nie można już było od nich uciec" - mówi DZIENNIKOWI historyk IPN Antoni Dudek.

Świadek wydarzeń sprzed 27 lat, górnik Krzysztof Pluszczyk, który teraz jako Przewodniczący Społecznego Komitetu Pamięci opiekuje się rodzinami zabitych, nie umie jednak mówić o sukcesie. "Ława oskarżonych jest za krótka, nie zostali osądzeni ci, którzy wydawali decyzje, ani ci, którzy wprowadzili stan wojenny. Oni także ponoszą odpowiedzialność za to, co się wtedy stało. Do dziś nie została też załatwiona sprawa odszkodowań dla rodzin pomordowanych górników" - mówił DZIENNIKOWI.

W sprawie "Wujka" najłatwiej było wskazać bezpośrednich sprawców. Znacznie trudniejsze jest skazanie ich mocodawców i tych, którzy przez lata odmawiali górnikom sprawiedliwości. Wciąż nie ma finału proces prokuratorów wojskowych, którzy w latach 80. tuszowali śledztwo w sprawie pacyfikacji katowickiej kopalni. "Oskarżeni są już starzy i chorzy" - mówi prokurator Andrzej Majcher z katowickiego oddziału IPN, który prowadził to śledztwo. Zdaniem Dudka można mówić tylko o jednym "sukcesie" - na ławie oskarżonych zasiada Czesław Kiszczak, jedyny PRL-owski dygnitarz, który został już skazany za swój udział w pacyfikacji kopalni nieprawomocnym wyrokiem.

Historyk specjalizujący się w czasach PRL, prof. Andrzej Friszke dostrzega w sprawie górników jeszcze jeden sukces: "Mocą autorytetu państwa zbrodnia została nazwana. Zapadły wyroki, które uznały pacyfikację za czyn zbrodniczy, dobrze, że doczekaliśmy się tego chociaż w tej sprawie" - podsumowuje.

Sprawa "Wujka" jest jednym z najdłużej ciągnących się procesów o zbrodnie PRL. W ubiegłym miesiącu sąd zakończył inną głośną sprawę z lat 80-tych, dotyczącą śmierci w maju 1983 r. młodego poety i syna opozycjonistki Grzegorza Przemyka. Sprawca śmierci niespełna 19-letniego maturzysty - milicjant Ireneusz Kościuk, który dotkliwie pobił mężczyznę, otrzymał 4-letni wyrok.