Wdowy po pilotach chcą skarżyć MON
Dziś w Mirosławcu obchody rocznicy katastrofy samolotu CASA. 23 stycznia 2008 roku w miejscowym lesie zginęło 20 wojskowych. "Ten rok minął jak jeden dzień. Najgorsze dopiero przed nami" - mówi DZIENNIKOWI jedna z wdów. Część kobiet zapowiada, że rozważa sądzenie się z Ministerstwem Obrony Narodowej o odszkodowania za śmierć mężów na służbie.
- Znów zbadają dlaczego spadła CASA
- CASA spadła, bo zawinił GPS?
- CASA - lotnicza taksówka dla posłów
- Śledztwo w sprawie CASY przedłużone
- Najtrudniejsze chwile dopiero przed nami
- Hypki: Raport MON nie wyjaśnia tragedii
- Żołnierze chcą, by Błasik odszedł
- Ranni żądają 25 milionów od państwa
- Córka generała z CASY przesłuchana
- Sprawdzą, czy w sprawie CASY były naciski
- Latające giganty dla Polaków
- Winni katastrofy CASY wracają do pracy
- Kary dla 23 winnych katastrofy CASY
- Wszystko, co musisz wiedzieć o opalaniu >>>
Pogoda
POLSKA
Wtorek 2012-05-29

temp. min 4°C max. 24°C
opady:
niewielkie opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W samym Świdwinie mieszkają już tylko dwie wdowy po pracujących tu jedenastu żołnierzach z CASY. Jedna jest w pobliskim Połczynie, a w Mirosławcu też zostały już tylko dwie kobiety. Reszta rozjechała się po całej Polsce. Wróciły do swoich rodzinnych stron. Niedawno znajoma jednej z nich spontanicznie zapytała: Jak ci się żyje bez męża? Radzisz sobie jakoś? "Zapytaj za dziesięć lat..." - odpowiedziała wdowa.
Większość kobiet nie może jeszcze zdobyć się na rozmowę. "Mąż zadzwonił z Warszawy. Powiedział, że będzie w domu o 19.30. On był zawsze bardzo punktualny" - wspomina po roku Iwona Piłat, wodwa po Jerzym Piłacie, dowódcy z Mirosławca. Dokładnie pamięta, że krzątała się wtedy po ich wynajmowanym w miasteczku mieszkaniu. "Coś porządkowałam" - mówi. Nagle usłyszała ryk syren.
Najpierw straż, potem karetki. Wybiegła na balkon. "Pojazdy jechały w stronę lotniska. Włączyłam telewizor i już wszystko było jasne. Zaraz potem rozdzwoniły się telefony" - opowiada. Gdzieś w niej tlił się cień nadziei, że mąż zdążył wyskoczyć, że może stał się cud. Rozsądek podpowiadał jednak co innego. Żona pilota przecież doskonale wie, jak wygląda CASA. Jeśli tak duży samolot runął na ziemię, nikt nie miał żadnych szans.
Wdowy mówią, że pierwszy rok minął jak jeden dzień. Na załatwianiu formalności, na organizowaniu pogrzebów, a potem bieganinie w sprawach mieszkań czy pracy. "Teraz czeka nas zwykła szara codzienność. Czuję, że jest mi coraz trudniej" - mówi DZIENNIKOWI jedna z kobiet.
Niektóre z wdów mają wiele żalu do MON. Uważają, że oprócz rent, jakie dostały po mężach, należą im się doszkodowania od sił zbrojnych. Niewykluczone, że po zakończeniu prokuratorskiego śledztwa w sprawie katasrofy, będą sądzić się z resortem obrony narodowej.
Samolot transportowy CASA leciał z Warszawy, przez Powidz i Krzesiny do Mirosławca. Potem miał jeszcze lecieć do Świdwina i zakończyć kurs w Krakowie. Na pokładzie byli wojskowi, którzy właśnie wracali z konferencji o bezpieczeństwie lotów. Maszyna rozbiła się w lesie pod Mirosławcem, niespełna kilometr od pasa lotniska, dokładnie o godz. 19:07.























Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!