Za zmianami w systemie oświaty głosowało 411 posłów, dwóch było przeciw, nikt nie wstrzymał się od głosu.

By dziecko mogło wcześniej zacząć naukę, muszą być spełnione dwa warunki: szkoła ma być przystosowana, mieć odpowiednich pedagogów i wyposażenie, zaś rodzice muszą wykazać, że dziecko przynajmniej przez rok chodziło do przedszkola lub ma pozytywną opinię z poradni psychologiczno-pedagogicznej.

O tym, czy dziecko pójdzie do szkoły w wieku sześciu lat, zdecyduje rodzic. To znaczy, że nawet jeśli samorząd przygotuje szkoły, a dziecko chodziło do przedszkola, to rodzice i tak będą mogli powiedzieć "nie".

Obowiązkowa szkoła dla sześciolatków zacznie się dopiero za trzy lata. "Ten czas ma wystarczyć samorządom, by dostosowały szkoły do potrzeb maluchów i zapewniły wszystkim pięciolatkom miejsce w przedszkolu" - tłumaczy nam szef komisji edukacji Andrzej Smirnow.

To spore zmiany w porównaniu z pierwotnymi planami ministerstwa, które obowiązkowe szkoły dla sześciolatków chciało wprowadzić już w tym roku. Z tych zamierzeń wycofało się po protestach rodziców i nauczycieli. "Integracji młodszych i starszych może nie sprzyjać liczebność klas nierzadko przekraczająca trzydzieścioro uczniów" - mówi psycholog szkolny Mirosław Giza.

Tysiące osób przeciwstawiało się wysyłaniu do szkół nieprzygotowanych do tego dzieci. Właśnie dlatego resort wprowadził furtkę w postaci zgody rodziców na wcześniejszą edukację dziecka.

Kolejne ustępstwo wymusiły oszczędności. W związku z kryzysowymi oszczędnościami premier obciął Ministerstwu Edukacji 307 mln zł zarezerwowane na reformę związaną z obniżeniem wieku szkolnego. Pieniądze miały pójść na dodatkowe etaty dla nauczycieli i przygotowanie szkół dla maluchów - na większe sale, dłużej czynne świetlice, kąciki i place zabaw.

Rząd zostawił na reformę jedynie 40 mln zł. MEN musiało więc zwolnić samorządy z obowiązku przyjęcia sześciolatków do szkół. "Przez te cięcia szkoły po prostu nie są w stanie ani zatrudnić odpowiednich pedagogów, ani przystosować infrastruktury do potrzeb maluchów" - mówi nam poseł PiS Sławomir Kłosowski. "Mimo to rząd naciska na samorządy, by przyjmowały do swoich szkół sześciolatki. Będzie więc straszy chaos" - dodaje.

Podobnie martwią się rodzice, którzy na 15 lutego zapowiedzieli już protesty w Warszawie. Uspokajają ich eksperci. "Tak naprawdę ustawa w tej formie niewiele zmienia. Także teraz rodzice mogli wcześniej posłać dziecko do szkoły, potrzebowali tylko pozytywnej opinii poradni pedagogicznej" - mówi nam była minister edukacji Krystyna Łybacka. "Jedyne poważne zmiany to wskazanie rodzicom, by częściej myśleli o takiej opcji, oraz zapewnienie wszystkim pięciolatkom już od tego roku możliwości uczęszczania do przedszkoli" - dodaje Łybacka.

p

Małgorzata Ohme, psycholog z Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie:

Dzisiejsze sześciolatki są dużo bardziej rozwinięte niż ich rówieśnicy sprzed kilkunastu lat. Dzieci wcześniej i szybciej dojrzewają, więc nowy projekt ministerstwa jest swego rodzaju odpowiedzią na zmieniającą się rzeczywistość. To pozwoli wcześniej rozbudzić ich ciekawość poznawczą, lepiej wykorzystać ich potencjał. Ale co nagle, to po diable. Dobrze, że zmian nie wprowadza się od razu, bo zapewne ucierpiałyby na tym pierwsze roczniki, które grałyby rolę królików doświadczalnych. Dobrym rozwiązaniem jest stopniowe wdrażanie reformy. Dyrektorzy przez te trzy lata będą mieli czas na przygotowanie się do przyjęcia nowych uczniów, na znalezienie specjalistów, sal i przygotowanie programu nauczania. Żyjemy w Europie i nasz system powinien być zbieżny z rozwiązaniami w innych krajach, żeby nie zamykać dzieciom drogi do kariery i edukacji za granicą.

Bogusława Folwarczny, nauczycielka nauczania początkowego z 20 letnim stażem. Pracuje w podstawówce w Katowicach:

To zły pomysł. Z doświadczenia wiem, że jeśli w klasie znajdzie się sześciolatek, to takie dziecko wymaga od nauczyciela dodatkowej pracy. Zaczynamy od zera. Tymczasem siedmiolatki już liczą, znają litery, często potrafią czytać. Wyobraźmy sobie sytuację, że w klasie liczącej 26 uczniów połowę stanowią sześciolatki. To oznacza prowadzenie dwóch różnych zajęć podczas jednej godziny lekcyjnej. Ani nauczyciele, ani szkoły nie są na to przygotowani. To się odbije się na poziomie nauczania. I jeszcze jedno: co będzie, gdy w klasie spotkają się „sześciolatek z grudnia” i „siedmiolatek ze stycznia”? Różnica wieku między nimi wynosi praktycznie dwa lata. Wolę sobie nie wyobrażać, jak będzie wyglądać lekcja z takimi uczniami.