Nowy prezes MPK z Wałbrzycha, Andrzej Kosiór, poprosił o pomoc prokuraturę. Jego zdaniem w kasie firmy brakuje pół miliona złotych - pisze "Gazeta Wyborcza". "Sytuacja finansowa spółki była tragiczna. Z analizy dokumentacji wynikało, że mogły tam być nieprawidłowości. Do takich samych wniosków doszedł nowo powołany prezes" - mówi gazecie tymczasowy komisarz miasta. 

Obecny szef spółki o nieprawidłowości oskarża poprzedni zarząd - specjalistę z działu marketingu Romualda K., który jest członkiem PiS, a także poprzedniego prezesa, który do niedawna był jeszcze w PO. W sprawę, zdaniem dziennikarzy, mogło być jednak zamieszanych więcej osób. Pieniądze ze spółki wyprowadzali przez zaliczki na zakupy czy wyjazdy. Używali też służbowych kart kredytowych. Jak nieoficjalnie dowiedziała się "Gazeta Wyborcza" poprzedni prezes, Ireneusz Zarzecki, przyznał się, że brał pieniądze z kasy spółki. Od razu zrezygnował z członkostwa w Platformie.

A to nie koniec sensacji. Do CBA, jak twierdzi "Gazeta Wyborcza", miał zgłosić się jeden z pracowników MPK i opowiedzieć, co naprawdę działo się z wyprowadzonymi pieniędzmi. Fundusze szły na fundusz wyborczy PO. "Tak, był taki świadek i tak powiedział. Sprawa jest obecnie badana przez wrocławską delegaturę biura" - wyjaśnia "Gazecie Wyborczej" jeden z pracowników warszawskiego oddziału CBA.

Co na te zarzuty były prezydent miasta, który stracił stanowisko po wyroku sądu za korupcję wyborczą? Piotr Kruczkowski zapewnia, że o żadnych nieprawidłowościach w MPK nie słyszał. "Bilanse były w porządku, a spółka była kontrolowana przez NIK i Urząd Kontroli Skarbowej, które również niczego nie wykryły" - mówi Piotr Kruczkowski. Dodaje też, że oskarżenia o nielegalne finansowanie kampanii "to czyste science fiction".