Wstępnie rozmawiano już w tej sprawie z przedstawicielami właściciela Polskich Zakładów Lotniczych w Świdniku, włoską firmą Leonardo (do niedawna znaną pod nazwą Finmeccanica). Miałoby to się odbyć na zasadzie wymiany akcji – część Świdnika przejąłby Skarb Państwa. Naturalne byłoby jej włączenie do Polskiej Grupy Zbrojeniowej, podmiotu zrzeszającego państwowe zakłady tej gałęzi przemysłu.

W zamian włoski koncern miałby objąć część udziałów w polskim przemyśle obronnym. Raczej nie ma przy tym mowy o pakiecie kontrolnym. Cały temat jest badany wstępnie, ale byłby zgodny z tym, co Prawo i Sprawiedliwość mówi o repolonizacji przemysłu, i prezentacjami PGZ, w których firma wskazuje, że będzie otwarta na różne akwizycje. Taka repolonizacja miałaby zwiększyć potencjał PGZ i jednocześnie wzmocnić kontrolę państwa nad produkcją uzbrojenia (choć na Zachodzie państwa doskonale potrafią kontrolować prywatne koncerny zbrojeniowe, np. poprzez rygorystyczną kontrolę eksportu).

Oficjalnie przedstawiciele zainteresowanych stron nabrali wody w usta. – Spotkanie sekretarza stanu w resorcie obrony narodowej dotyczące przejęcia udziałów PZL-Świdnik od Leonardo nie miało miejsca – zaprzecza Bartłomiej Misiewicz, rzecznik MON i dyrektor gabinetu politycznego ministra Antoniego Macierewicza. – Nie mam w tej kwestii nic do powiedzenia – stwierdził Maciej Lew-Mirski, wiceprezes PGZ. W podobnym tonie wypowiadają się przedstawiciele PZL-Świdnik. – Bez komentarza – ucina Martyna Gawryluk, która odpowiada za kontakty z prasą.

Mimo to w dwóch niezależnych źródłach udało nam się ustalić, że takie rozmowy były prowadzone. Oczywiście cała transakcja miałaby sens tylko wtedy, gdyby Ministerstwo Obrony złożyło w Świdniku duże zamówienie związane z produkcją bądź modernizacją śmigłowców. W grę wchodziłoby ewentualne zamówienie śmigłowców wielozadaniowych AW149 lub np. modernizacja służących już w Wojsku Polskim śmigłowców Sokół, które miałyby się zmienić w znacznie bardziej nowoczesne i lepiej dozbrojone głuszce.

– Badany w tej sprawie był również Lockheed Martin i ewentualne przejęcie części udziałów w PZL Mielec, ale Amerykanie od razu powiedzieli „nie” – zdradza jeden z naszych rozmówców, prosząc o zachowanie anonimowości. Wydaje się, że na razie ten największy koncern zbrojeniowy świata, który zakłady w Mielcu przejął zaledwie kilka miesięcy temu, wciąż szuka pomysłu na to, co ma być produkowane na Podkarpaciu. To również związane jest z tym, że w Mielcu – podobnie jak w Świdniku – wciąż tli się nadzieja na pozyskanie kontraktu na śmigłowce wielozadaniowe. Jednak na razie oficjalne rozmowy w tej materii trwają z francuskim Airbusem i dotyczą pozyskania śmigłowca Caracal.

Renacjonalizacja PZL-Świdnik jest interesującą koncepcją, ale taka transakcja byłaby trudna do przeprowadzenia pod względem formalnoprawnym. Na pewno dużo zarobiliby na niej prawnicy. Kolejną kwestią jest sprawa wyceny spółki – dziś jest warta dużo więcej niż w dniu sprzedaży – tłumaczy dr Dominik Kimla z firmy konsultingowej Avascent, która monitoruje rynek zbrojeniowy.

Inna kwestia to, dlaczego Skarb Państwa sprzedał Świdnik w 2010 r. Zdaniem Kimli pokazuje to brak długofalowej strategii i systemowego podejścia do branży zbrojeniowej. Jeśli państwo przejmie udziały w Świdniku, to naturalne wydaje się, iż właśnie tam kupowane będą śmigłowce dla armii. A to zwiększyłoby pozycję negocjacyjną PGZ w rozmowach z zagranicznymi partnerami w sprawie wszystkich zakupów zbrojeniowych.

– W średniookresowej perspektywie PGZ będzie musiała się mocniej związać z którymś z potentatów zbrojeniowych – uważa Kimla. Jest za mała, żeby samodzielnie coś znaczyć. Otwarte pozostaje pytanie, czy ma to być Leonardo, czy inna firma.

– Według mnie nie powinno się tego robić. Jeśli PGZ będzie miała udziały w Świdniku, to automatycznie ten zakład będzie preferowany przez MON. A to postawi Mielec w niezręcznej sytuacji. Inną możliwością jest zrobienie spółki córki PGZ i Świdnika, której zadaniem byłoby serwisowanie śmigłowców naszych sił zbrojnych. To nie zakłócałoby wolnej konkurencji na rynku śmigłowców – mówi inny znawca branży, który woli zostać anonimowy.

Takich oporów nie ma gen. Waldemar Skrzypczak, który proponował podobne ruchy jeszcze jako wiceminister obrony w rządzie Donalda Tuska. – Błędem strategicznym było to, że Świdnik sprzedano w 100 proc. Trzeba znaleźć formułę, która pozwoliłaby państwu odzyskać część potencjału. Na korzystnych warunkach. Nie możemy być zakładnikami Leonardo – przekonuje były dowódca wojsk lądowych. – To mogłoby polepszyć jakość obsługi i remontów sokołów, które służą naszym żołnierzom, a mają niską sprawność techniczną. Ale nie może się to odbyć w formule „udziały za kontrakt”, bo wtedy to Włosi będą nam dyktować warunki – tłumaczy wojskowy. Gdyby Świdnik dostał duże zamówienie od Polski, Włosi od razu powinni nam zagwarantować kontrakt eksportowy. Wtedy nasz przemysł naprawdę skorzysta.

Prawie 90 proc. udziałów zostało sprzedanych firmie AgustaWestland (część Leonardo) na początku 2010 r. za 339 mln zł. Sprzedającym była Agencja Rozwoju Przemysłu. Od tego czasu w zakład zainwestowano kilkaset milionów złotych, m.in. wprowadzając nowe technologie produkcyjne.