Początek października. Stary Browar w Poznaniu, godz. 17. Na parterze przygotowana jest scena do autorskiego spotkania z pisarzem, rośnie kolejka oczekujących na autograf. Nagle rozlega się pisk z dziesiątek dziewczęcych gardełek. Na scenie nastolatek odwraca się tyłem do nich i mówi: – A teraz zrobię snapa! Tłum szaleje. Konferansjerka dyryguje: – Proszę podchodzić z prawej. Kaiko z każdym zrobi snapa i podpisze książkę.

Kaiko? Chyba Kajko? Klienci kawiarni położonej dwa piętra wyżej, w tym autorka tekstu, patrzą po sobie ze zdziwieniem. I niemal jednocześnie wyciągają komórki i googlują. Kaiko? Jest. Karol Poznański, Kaiko, rocznik 1996, youtuber, który gra w gry (początkowo głównie w Minecrafta) i opowiada o tym na swoim kanale. Autor książki „It’s only a game”, na okładce której widnieje bez koszulki, ale za to w wojskowych szelkach z kaburami oraz pistoletem w dłoni. Do tego pół miliona fanów na Facebooku, ponad 700 tys. subskrybentów kanału na YT i 350 tys. obserwujących na Instagramie.

Nie masz Czytelniku pojęcia, o kim mowa, prawda? Może masz ponad 30 lat? Po prostu jesteś już za stary.

– Chyba tak się czuli nasi dziadkowie obserwujący szał naszych rodziców na punkcie Beatlesów – rzucam.

– Jest coś na rzeczy. Nowe pokolenia internetowych celebrytów, influenserów (od influence – wpływ), którzy dla młodych są idolami, ludziom starszym, takim po trzydziestce, już nic nie mówią. A to, co pokazują, wydaje się być nudne, a oni sami zwyczajni i nieciekawi. Ewidentnie to dwa światy – odpowiada mi Sebastian Bryks, rocznik 1994, od trzech lat pracownik agencji reklamy i autor bloga o nowych mediach. Sam, co przyznaje, ma apetyt na takie celebryctwo i myśli o założeniu własnego kanału na YouTubie. Po naszym spotkaniu zagaduje: – Musimy sobie zrobić zdjęcie na Insta. To super, że spotykam się z dziennikarką poważnej prasy, by rozmawiać o internecie. Czekaj, zaraz poszukam gazety, w której pracujesz – Sebastian szybko organizuje najnowszy numer DGP i kładzie go na stoliku w kawiarni. Potem wyciąga smartfona i robi serię zdjęć na Insta. – Coś się z tego wybierze – przekonuje ze śmiechem.

Ale to nie będzie tekst o nowych internetowych celebrytach. Tylko próba opisania tego, jak pod wpływem millenialsów, pokolenia Z czy po prostu młodych, zmienia się i internet, i media społecznościowe. Oraz to, co w nich oglądamy i czytamy.

Ucieczka przed rodzicami

Młodzi są siłą napędową sieci. W Ameryce użytkownicy Facebooka do 24. roku życia w lutym 2016 r. stanowili 26,6 proc. wszystkich mających konta w tym serwisie. Dla porównania dwa lata wcześniej było ich 23 proc. W Wielkiej Brytanii konta na FB ma 10,9 mln ludzi do lat 24 (w 2014 r. było ich o pół miliona mniej). Nie inaczej jest w Polsce. Aż 38 proc. kont spośród obecnych 14 mln polskich na FB należy do młodych. Dzieci i młodzież to 24 proc. użytkowników polskiego Instagrama, na polskim YouTubie stanowią 3,7 mln widzów, prawie 1/4 całej widowni. – To więcej niż ma jakakolwiek stacja telewizyjna w tej grupie wiekowej – podkreśla Tomasz Czudowski, szef marketingu YouTube’a na Europę Środkowo-Wschodnią.

Ale te statystyki nie mówią wszystkiego. Bo choć ważne jest to, jak ta najmłodsza grupa jest liczna, to nie mniej ważne jest to, jak te media „lubi”. Okazuje się – że coraz mniej. W Wielkiej Brytanii w ciągu ostatnich trzech lat FB przyciągał przede wszystkim osoby po 24. roku życia (grupa ta wzrosła z 21 mln do 22,7 mln). W Stanach, których połowa mieszkańców ma konto na FB, też najszybciej rośnie grupa 24–35 lat. Co więcej – coraz częściej mówi się o ucieczkach z tych „tradycyjnych” serwisów.

Facebook to oczywistość. Każdy ma konto, bo wypada je mieć, ale cyfrowe życie jest gdzie indziej. Prawdziwie bliskie kontakty społeczne są na Snapchacie – opowiada Bryks. I tłumaczy, jak wygląda to w praktyce. – Byłem na wakacjach w Hiszpanii. W ciągu dwóch tygodni wrzuciłem na Fejsa jedno zdjęcie i jeden raz oznaczyłem lokalizację. Rodzice zobaczyli, wiedzieli, że dotarłem, że wszystko jest w porządku. Na Insta dodawałem codziennie co najmniej jedno, częściej po kilka fotek. Ale prawdziwy kontakt ze znajomymi był na Snapie, tam wrzucałem coś po kilkanaście razy w ciągu dnia.

Przytakuje mu Michał Wieczorek, rocznik 1988, analityk mediów z firmy Sotrender, zajmującej się analizą działań marketingowych w mediach społecznościowych. – U nas jeszcze tego nie widać w statystykach, ale globalnie rzeczywiście to wyraźny trend: Instagram i Snapchat przejmują młodych. Odkąd na FB pojawili się rodzice, ten serwis stał się za poważny. Masowego porzucania kont nie ma, raczej zmieniło się zachowanie, aktywność – tłumaczy. Ale zastrzega, że to nie tyle kwestia samego wieku internautów. – Cyfrowe pokolenia? To nie takie proste. Raczej cyfrowe plemiona, bo takie tworzą też trzydziesto- i czterdziestolatki. Znacznie większe znaczenie niż sam wiek ma tu raczej podejście do tego, po co są media społecznościowe i czego się w nich szuka – tłumaczy. I dodaje, że raczej zamiast zwracać uwagę na sam wiek internautów, warto obserwować zmiany, jakie zachodzą w tym, czym żyją media społecznościowe.

8 sekund

„Video killed the radio star” – to był pierwszy klip, który MTV pokazała. Tak w 1981 r. narodziła się epoka stacji muzycznych i teledysków. Dziś powinniśmy śpiewać o tym, że krótkie filmiki wideo, gify, memy i streamy zabijają słowo pisane. 8 sekund – przez tak krótką chwilę, według badań, internauci urodzeni po 1980 r. są w stanie utrzymać koncentrację na tekście zamieszczonym w sieci. To ludzie pokolenia TL;DR. Too Long; Didn’t Read. Za długie, nie przeczytałem. – Świat pędzi i naprawdę nie mamy czasu na czytanie długich tekstów. Od najmłodszych lat jesteśmy bombardowani przeogromną masą informacji, komunikatów, obrazów. Liczy się szybkość ich przetrawienia – tłumaczy mi Bryks. Na Zachodzie w latach 70. ubiegłego wieku konsument dostawał do 500 marketingowych sygnałów dziennie. To tyle, ile dziś dostajemy w ciągu jednej godziny. I to pomimo prób uciekania przed nimi, blokowania, oznaczania niechcianych maili jako spamu, przewijania reklam w sieci. Stąd właśnie coraz większa znieczulica na dłuższe materiały.

Z badania Sotrendera widać, że na przestrzeni czterech lat zmniejszyła się liczba publikowanych postów, na które składają się jedynie słowa. W 2012 r. stanowiły one prawie 30 proc. wszystkich wpisów w serwisach społecznościowych, trzy lata później – zaledwie 13 proc. Pozostałe typy wpisów – linki, zdjęcia oraz klipy wideo – należą już do kultury obrazkowej, gdyż nawet w poście odnoszącym użytkownika do innej strony jest zdjęcie. I właśnie wzrost znaczenia tej obrazkowej kultury przyczynia się do przejścia użytkowników z FB na Instagrama lub YT. Nie mówiąc już o Snapchacie, gdzie słowo pisane występuje sporadycznie.

– Wideo rządzi. Nie bez powodu w tę formułę idą wszyscy dostawcy treści. Na wideo oparty jest sukces Snapchata, gdzie zamiast pisać, pokazuje się wszystko na nagraniu, i do tego transmitowanym na żywo. I właśnie inspirując się tym rozwiązaniem, transmisje w czasie rzeczywistym zaczął oferować Facebook – uważa Bryks. Rzeczywiście, by spopularyzować usługę uruchomioną dokładnie rok temu, FB podpisał kontrakty ze 140 firmami medialnymi i celebrytami i zapłacił im za nadawanie transmisji na żywo na platformie Live w sumie 50 mln dol. Teraz jednak, według informacji podawanych przez serwis Recode, zamiast wypłacania pieniędzy za transmisje na żywo, FB planuje przeniesienie uwagi internautów na treści wideo produkowane na wyłączność. Identyczne podejście pojawiło się też na Instagramie, które od kilku miesięcy oferuje publikację krótkich, znikających po jakimś czasie (jak na Snapchacie) filmików. Dla młodych internautów to formuła całkowicie naturalna, poziom korzystania z urządzeń mobilnych jest tak wysoki, że naprawdę łatwiej jest uruchomić smartfona i nagrać snapa czy wrzucić stream, niż pisać długi post na Facebooku.

Pokolenie TL;DW

Nawet Michał Wieczorek przyznaje, że to wśród młodszych wideo jest najpopularniejsze. Dodatkowo to właśnie oni spędzają najwięcej czasu na oglądaniu takich treści. – U nas to ok. trzech godzin dziennie. Kiedyś tyle oglądaliśmy tradycyjną telewizję – tłumaczy Czudowski z YouTube’a. I dodaje, że widzowie jego serwisu są też znacznie bardziej zaangażowani, częściej subskrybują, komentują i interesują się życiem youtubowych twórców.

To w tej grupie najbardziej wyraziste jest też zjawisko multiscreeningu, równoczesnego korzystania z kilku elektronicznych urządzeń. – Choć niezarezerwowane wyłącznie dla nich. Wręcz przeciwnie, dziś równoczesne oglądanie wideo na jednym ekranie i korzystanie z serwisu społecznościowego na drugim staje się normą wszystkich internautów. Inne są co najwyżej konsumowane w ten sposób treści – dodaje Czudowski. Ale i w przypadku wideo mamy do czynienia ze zjawiskiem TL;DR. Choć raczej TL;DW. Too Long; Didn’t Watch. Za długie; nie oglądałem. Jeszcze kilka lat temu filmiki miały długość 3–5 minut. Dziś to zdecydowanie za dużo. Przez tak długi czas nie utrzyma się uwagi młodego internauty. Dlatego popularniejsze stają się klipy kilkudziesięcio- czy nawet kilkunastosekundowe. To takie szybkie przekąski, które można szybko obejrzeć, połknąć jedną za drugą. YT właśnie startuje z nowym formatem reklamowym – 6-sekundowymi „bumpers”. Wprawdzie oficjalnie platforma zaprzecza, że powodem ich pojawienia się jest właśnie zjawisko TL; DW i coraz młodszy średni wiek użytkownika, oraz zapewnia, że format został wybrany w wyniku sprawdzenia potrzeb wszystkich grup wiekowych.

Ale wystarczy przejrzeć listę 26 polskich „milionerów” YouTube’a, by mieć dowód na to, jak ważny jest tu młody widz. Ci „milionerzy” to konta posiadające powyżej miliona subskrypcji. Okazuje się, że tylko trzy z tej listy skierowane są do szerokiego odbiorcy; Step Records, ProstoTV i UrbanRecTV – to profile wydawnictw hiphopowych. Reszta to kanały autorów, jak SA Wardęga (3,46 mln subskrypcji), AbstrachujeTV (2,49 mln) czy ReZigiusz (2,31 mln) nadające dla młodych użytkowników. Skąd taka pewność? Dowodem na to jest język, którym się posługują.

– I właśnie w kwestii językowej najwyraźniej widać, że to nie na pokolenia, a na plemiona dzielą się internauci – ocenia Wieczorek. – Przykład? Memy. Jak wynika z naszych badań, znają je i docierają one do połowy internautów. Ale nie wszystkie są zrozumiałe, bo właśnie język i kody kulturowe w nich zawarte nie zawsze są łatwe do odczytywania. Za to ewidentnie widać, że dzięki młodym w głównym nurcie kultury zaczynają pojawiać się takie nawiązania, które do niedawna były, jak to mawiamy, w piwnicy – tłumaczy analityk.

Te wyciągnięte z piwnicy memy to, jak opisuje Sotrender, copypasty (szablony z dopasowywanymi cytatami ironicznie komentującymi sytuację) czy „cenzodudy” (memy poświęcone prezydentowi Andrzejowi Dudzie, wykorzystujące jego zdjęcia i wypowiedzi). Jak podkreśla Sotrender w swoim raporcie: „Nawet ironiczne i postironiczne memy zadomawiają się w głównym nurcie. Strona Wyznajemy po opublikowaniu »Pasty o bracie dilera« zebrała ponad 60 tys. interakcji. Motywy wędrujące dotąd po »końcu internetu« pojawiają się w filmach znanych youtuberów i na popularnych portalach”.

Nadal jednak duża część nowego języka sieci pozostaje zrozumiała tylko dla tych, którzy w posługiwaniu nim są naprawdę biegli, bo mówią w nim od urodzenia. I gdy Kaiko pod swoim zdjęciem pisze: „Określacie trzema emotkami jaka była dziś u Was pogoda :-) u mnie mega :-P!”. To efektem tego jest niemal tysiąc komentarzy i 7 tys. lajków. Ale gdy podczas kampanii prezydenckiej na oficjalnym koncie na Twitterze Hillary Clinton pojawiła się podobna odezwa do „młodego elektoratu”, by co najwyżej trzema emotkami dał znać o tym, co się sądzi o swoim kredycie studenckim, wywołało to tylko uśmiechy politowania i sarkastyczny komentarz Johna Oliviera w „Last Week Tonight”. – Clinton dała taki przekaz: Oj, taka jestem zajęta, czy moglibyście skrócić swój komentarz do obrazków duchów, delfinów i seksownych bakłażanów?

Miało być nowocześnie i zabawnie. Wyszło e-emerycko.