Prok. Beata Homa z gdańskiej prokuratury regionalnej odczytała akt oskarżenia. Wąsaczowi - który nie przyznaje się do winy - grozi do 10 lat więzienia.

Czuję się niewinny, prywatyzację przeprowadziłem w sposób absolutnie na korzyść Skarbu Państwa - powiedział Emil Wąsacz przed sądem po odczytaniu aktu oskarżenia. Jak dodał, dla niego ta sprawa toczy się już od 11 lat, w związku z tym bardzo zależy mu na szybkim prowadzeniu procesu. - Wyrok uniewinniający, jeśli sąd taki orzeknie, na pewno będzie dla mnie ulgą - dodał.

Sędzia Marta Pilśnik wskazała, że sąd będzie się starał, aby proces toczył się "szybko - jeśli takiego określenia można używać do sprawy, która ma 500 tomów akt".

Przed rozpoczęciem procesu sąd nie uwzględnił wniosku obrony o umorzenie sprawy.

Jak wywodzili obrońcy byłego ministra, w akcie oskarżenia prokuratura dokonała nieprawidłowej kwalifikacji zarzucanego czynu oraz nie wykazała "znamion działania oskarżonego w celu osiągnięcia korzyści majątkowej". Ponadto - według obrony - prokuratura nie przedstawiła dowodów, że ich klient działał na szkodę państwa, a dalsza inicjatywa dowodowa - po kilkunastu latach od zdarzeń, których dotyczy proces - nie przyniesie efektu.

Sąd nie jest związany ani zarzutem, ani kwalifikacją czynu, musi badać sprawę szerzej - wskazała jednak sędzia Pilśnik, informując o oddaleniu wniosku. Dodała, że odniesienie się do argumentów obrony wymaga wartościowania dowodów, a tego można dokonać dopiero po przeprowadzeniu procesu.

W 2010 r. ówczesna Prokuratura Apelacyjna w Gdańsku oskarżyła Wąsacza o niedopełnienie w 1999 r. - w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej - obowiązków ochrony interesów Skarbu Państwa przy prywatyzacji PZU. Zdaniem śledczych, Wąsacz akceptował działania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej przez Eureko oraz BIG Bank Gdański, co miało przynieść szkodę interesowi publicznemu.

Wąsacz m.in. miał odstąpić "od negocjacji równoległych z drugim oferentem", nie podjąć działań, które dawałyby możliwość uzyskania wyższej ceny za sprzedawane akcje PZU i doprowadzić do wyboru w procesie prywatyzacji oferty, która "nie była najkorzystniejsza" oraz do przyjęcia umowy sprzedaży niekorzystnej dla Skarbu Państwa.

W środowych wyjaśnieniach przed sądem Wąsacz wskazał, że w wyniku negocjacji zaoferowana cena za akcje wzrosła o 15 proc. Dodał też, że podstawową wadą negocjacji równoległych jest to, iż "może dochodzić do działań korupcyjnych", zaś drugi z oferentów nigdy nie zadeklarował takiej ceny, jaką udało się ostatecznie uzyskać od Eureko.

Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia będzie słuchał szczegółowych wyjaśnień Wąsacza także w czwartek. Niewykluczone, że wystąpienie oskarżonego przedłuży się jeszcze na trzeci termin rozprawy - odczytane muszą zostać bowiem obszerne protokoły z wyjaśnieniami b. ministra złożonymi na wcześniejszych etapach tej sprawy.

W 2005 r. Sejm IV kadencji przyjął uchwałę o pociągnięciu Wąsacza do odpowiedzialności konstytucyjnej przed Trybunałem Stanu za domniemane nieprawidłowości przy prywatyzacji PZU, TP S.A. i Domów Towarowych "Centrum". Sejmowa komisja odpowiedzialności konstytucyjnej uznała, że sprzedaż akcji PZU Eureko w 1999 r. doprowadziła do problemów, w tym rozpraw przed międzynarodowym trybunałem arbitrażowym. Sprawa przed TS ma wkrótce ruszyć - w październiku 2016 r. wylosowano pięcioosobowy skład TS do tej sprawy.

W 2006 r. policja na zlecenie prokuratury zatrzymała Wąsacza w gdańskim śledztwie, bo miała informacje o jego możliwej ucieczce za granicę, gdyż wcześniej kupił walizki (wybierał się na wakacje). Sąd nie zgodził się wtedy na jego aresztowanie. Potem uznał zatrzymanie b. ministra za bezzasadne, bo wystarczyło wysłać Wąsaczowi wezwanie do stawienia się w prokuraturze. Wąsacz uznał całą sprawę za "polityczną".

W lutym 2012 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie zdecydował o zwrocie gdańskiej prokuraturze aktu oskarżenia przeciwko Wąsaczowi. SA uznał, że materiał zgromadzony przez prokuraturę ma "rażące braki" i został "zachwaszczony". SA wymienił m.in. nieprzetłumaczenie na język polski 11,7 tys. stron akt; brak poświadczeń za zgodność kilkuset dokumentów i brak analizy 1800 stron billingów. - Prokurator ma zdecydować, czy te wszystkie materiały w ogóle są przydatne; a może to są śmieci, które trzeba wyrzucić z akt sprawy? - mówił wówczas sędzia SA Jerzy Leder.

Akt oskarżenia ponownie trafił do sądu w grudniu 2013 r. Jak wówczas informowała prokuratura akta zostały uzupełnione i uporządkowane, m.in.: dodano brakujące tłumaczenia dokumentów sporządzonych w językach obcych, dołączono analizy zestawień połączeń telefonicznych i zestawień transakcji bankowych.

W lutym 2016 r. sąd rejonowy nie rozpoczął tego procesu, tylko zawiesił go na wniosek obrony, uznając, że czyn zarzucony w sejmowej uchwale "jest podmiotowo, przedmiotowo i czasowo tożsamy z zarzutem aktu oskarżenia". W kwietniu zeszłego roku SO uwzględnił zażalenie prokuratury i zwrócił SR sprawę by ją rozpatrzył. "Zażalenie prokuratury jest zasadne. Uchwała Sejmu dotyczyła pociągnięcia Wąsacza do odpowiedzialności konstytucyjnej, ale nie karnej" - wskazał wtedy SO.