Środowa rozprawa trwała trzy godziny. Adwokaci wychodzący z sali sądowej powiedzieli dziennikarzom jedynie, że proces się rozpoczął i został odroczony do 20 kwietnia. Sprawa odbywa się z wyłączoną jawnością, ponieważ część zarzutów dotyczy zniesławienia i pomówienia. Takie procesy są jawne tylko na wniosek pokrzywdzonych, a w tym przypadku takiego wniosku nie złożyli.

Według prokuratury we wrześniu ub. roku trzej oficerowie 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej wywołali awanturę w miejscowym hotelu. Gdy jeden z nich zaatakował barmana, obsługa wezwała patrol złożony z policjantki i strażnika miejskiego. Żołnierze byli agresywni i stawiali opór, więc wezwano na pomoc drugi patrol - policjanta i policjantkę.

Podczas wyprowadzania awanturujących się mężczyzn, na korytarzu zaatakowali oni policjantów. Funkcjonariusze użyli gazu i zakuli awanturujących się w kajdanki. W czasie interwencji policjanci doznali urazów kończyn i żeber; trafili na zwolnienia lekarskie. Podczas incydentu w hotelu żołnierze byli ubrani po cywilnemu, wszyscy byli pijani, mieli od 1,2 do 2 promili alkoholu w wydychanym powietrzu.

Poszkodowany przy interwencji w giżyckim hotelu strażnik miejski Marek S. mówił dziennikarzom przed procesem, że zachowanie żołnierzy było uwłaczające dla munduru i armii. Jak nie potrafią, to powinni pić mleko, a nie alkohol - stwierdził. Funkcjonariusz przyznał, że był zaskoczony okazywaną przez żołnierzy agresją i czuł, że dobrze się to nie skończy. Pozostali poszkodowani ani oskarżeni nie chcieli rozmawiać z dziennikarzami.

Jak powiedział PAP reprezentujący poszkodowane policjantki mec. Andrzej Szydziński, bulwersujące w tej sprawie jest to, że oficerowie WP nie potrafili się zachować w miejscu publicznym.

Adwokat mówił dziennikarzom przed rozprawą, że gdy żołnierze zobaczyli wezwanych przez obsługę hotelu funkcjonariuszy, to ich poniosło. Nie chcieli podać personaliów, ani się wylegitymować. Dodał, że agresja z ich strony rosła i interweniujący policjanci zmuszeni byli użyć gazu i założyć żołnierzom kajdanki. Wszystko jest na nagraniach (monitoringu) - zaznaczył.

Dodał, że poszkodowani wystąpili do sądu o zadośćuczynienia, które solidarnie mieliby zapłacić wszyscy oskarżeni. Policjant i obie policjantki chcą po 30 tys. zł, strażnik miejski - 10 tys. zł.

Śledztwo w sprawie incydentu w hotelu prowadziła początkowo Prokuratura Rejonowa w Giżycku. Oficerom postawiła zarzuty znieważenia i naruszenia nietykalności cielesnej policjantów; jednemu z nich dodatkowo podobny zarzut dotyczący osoby prywatnej. Wobec podejrzanych zastosowano poręczenia majątkowe - od 7 do 15 tys. zł.

Po kilku tygodniach śledztwo przejęła białostocka prokuratura okręgowa. Chodziło o to, by uniknąć zarzutu braku bezstronności prokuratury giżyckiej, która na co dzień współpracuje z miejscową policją.

Białostoccy śledczy zarzuty rozszerzyli również o zmuszanie do odstąpienia od czynności służbowych zarówno trójki policjantów, jak i strażnika miejskiego. Ściganiem z urzędu objęto też zarzuty zniesławienia i znieważenia dwóch osób cywilnych, pracowników hotelu. Jest też zarzut naruszenia nietykalności osobistej jednej z tych osób. Jak informowała prokuratura, oskarżeni nie przyznali się do zarzutów.

Kilka dni po incydencie w hotelu, dowódca 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej wydał oświadczenie, w którym poinformował, że oficerowie, którzy brali udział w tym zajściu, nie są już żołnierzami tej jednostki. Rzeczniczka prasowa giżyckiej brygady wyjaśniła wtedy PAP, że "wszyscy przeszli do rezerwy kadrowej". Oskarżeni to oficerowie z ponad 20-letnim stażem, mają za sobą udział w misjach poza granicami kraju. Płk Piotr B. był zastępcą dowódcy 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej, ppłk Arkadiusz K. dowodził batalionem w tej brygadzie, a mjr Robert J. był jego zastępcą.