Nagle podszedł do nas mężczyzna, na oko przed trzydziestką. Krzyknął, że w Polsce mówi się po polsku, i zaczął okładać pięściami mojego kolegę. Podszedłem, próbowałem uspokoić sytuację, ale był coraz bardziej agresywny. Dołączyło do niego trzech innych mężczyzn od 20 do 30 lat. Bili nas po twarzy, kopali, kiedy leżeliśmy już na ziemi. Udało nam się uciec do sklepu, sprzedawca wezwał policję. Do dziś mamy rany i siniaki na całym ciele – opowiada chłopak "Gazecie Wyborczej".

O sprawie poinformował "Wyborczą" jego ojciec. – Do Polski przyjechaliśmy 18 lat temu. Mój najstarszy syn miał wtedy 6 lat, młodszy 4, najmłodszy, Christian, skończył pół roku. Od początku było dla mnie jasne, że musimy nauczyć się polskiego, chcieliśmy się integrować. Jeden z moich synów studiuje chemię, ma stypendium ministra, drugi skończył polską szkołę muzyczną, gra Chopina. Wcześniej dwa lata mieszkaliśmy w Rumunii, następnie przez cztery na Węgrzech. Razem z żoną uczyliśmy się rumuńskiego i węgierskiego, było dla nas oczywiste, że musimy mówić językiem kraju, w którym żyjemy. Nikomu, kogo znam, nie przydarzyła się tam podobna sytuacja. Jestem wściekły. Musiałem ochłonąć, żeby państwu o tym opowiedzieć – mówi płynną polszczyzną.

Mężczyzna zgłosił sprawę na policję. Ta przyjęła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, jednak potraktowała je jako akt chuligański, nie napaść na tle ksenofobicznym.