Uważajmy z odsądzaniem od czci i wiary Irlandczyków, którzy odrzucili traktat - ostrzega Guy Sorman. To odrzucenie nie jest porażką Irlandii, jej rządu ani "całej Europy". To raczej klęska eurokracji, która po raz kolejny nie zdołała przekonać Europejczyków do swoich pomysłów. Nie zdołała, bo - jak twierdzi Sorman - nie chciała jasno pokazać, o co toczy się tu gra. Tymczasem jej stawką jest wybór jednego z dwóch modeli europejskiej integracji. Model pierwszy - "Europa liberalna" - pozostaje najbardziej wierny pierwotnym intencjom ojców założycieli Unii Europejskiej. Ogranicza się do stworzenia obszaru pokoju między narodami przez rozbudowę sieci kontaktów gospodarczych. Model drugi - "Europa imperialna" - idzie znacznie dalej. Zakłada tworzenie europejskiej federacji na wzór Stanów Zjednoczonych - silnego tworu, który mógłby konkurować z Ameryką czy Chinami o przywództwo nad światem. Budowa tej silnej Europy jest zdaniem Sormana właściwym celem wszelkiego rodzaju nowych projektów eurokonstytucji promowanych w Brukseli - w tym także traktatu lizbońskiego. Czy takie "euroimperium" przyniesie więcej korzyści Europejczykom i ich sąsiadom? Trudno powiedzieć, bo nikt na razie nie przedstawił rachunku zysków i strat. Zdaniem Sormana najkorzystniejsze może być jednak balansowanie między dwoma wspomnianymi modelami bez dokonywania jednoznacznego wyboru...

p

Guy Sorman*

A jeśli Irlandczycy mają rację?

Irlandczycy mieli rację, bo pytanie było źle postawione. Oczywiście przyczyny, dla których odrzucili traktat lizboński dotyczący instytucji europejskich, były niejasne, często niezwiązane z jego treścią - kiedy jednak dwa lata temu Francuzi i Holendrzy zagłosowali przeciw projektowi zwanemu projektem konstytucji europejskiej, sytuacja była identyczna. Racje głosujących przeciw mogły być wątpliwe - ale intuicja była słuszna, a rezultat satysfakcjonujący. Demokracja często funkcjonuje w ten właśnie sposób: suma niejasnych pobudek daje racjonalne skutki. Racjonalne, bo promotorzy konstytucji w jej pierwotnym kształcie, przerobionej następnie na minitraktat, nie są w stanie wyjaśnić narodom europejskim, jakich korzyści mogłyby oczekiwać od tych nowych instytucji. Wszystko dzieje się tak, jakby instytucje te tworzono wyłącznie dla ułatwienia życia rządzącym czy nawet powiększenia ich wpływów. Oczekiwane rezultaty są nieuchwytne i nie dają się opisać. Przyspieszenie podejmowania decyzji - ale jakich decyzji i na czyją korzyść, na korzyść jakiej sprawy? Nie wiadomo. Zwolennicy traktatu nie są również w stanie wyjaśnić, co się stanie, jeśli zdanie jego przeciwników przeważy. Zresztą od zwycięstwa owych przeciwników nie wydarzyła się żadna zmiana na lepsze czy gorsze. Europa pozostaje stabilna i stosunkowo dobrze prosperuje, powiększa się też o nowe państwa. W niespokojnym świecie ma się stosunkowo dobrze. W czym pomogłyby jej nowe instytucje, które uznaje się za niezbędne?

Ta biurokratyczna namiętność europejskich przywódców do tworzenia nowych struktur jest biegunowo odmienna od koncepcji stanowiących podwaliny Unii Europejskiej w takim kształcie, jaki po drugiej wojnie światowej nakreślił Jean Monnet. Rozpoczął on od oczekiwanego rezultatu - pokoju i dobrobytu; a ponieważ stwierdził, że europejskim dyplomatom przez dwa stulecia nie udało się go osiągnąć, powziął genialną myśl, by zapewnić pokój za sprawą wolnego rynku. Monnet proponował tworzenie instytucji wyłącznie wtedy, gdy miały one służyć pożądanemu celowi, którego realizacja już się rozpoczęła. Jeśli Unia Europejska jest sukcesem, jeśli - w historycznej skali - bardzo szybko osiągnęła cele, dla których została stworzona, stało się tak właśnie dzięki metodzie Monneta. Czy powinniśmy prześcignąć początkowe ambicje (dobrobyt zapewniany przez wolny handel, pokój między narodami) i przejść do następnego stadium? Mogłoby się ono wzorować wyłącznie na jednym modelu - federacji Stanów Zjednoczonych Ameryki. Taki jest w domyśle sens pseudokonstytucji i minitraktatów, które są nam przedstawiane. Jednak projekt ten nigdy nie został jasno wyrażony. W żadnym momencie - czy to w referendum, czy w głosowaniu parlamentarnym - narody nie są proszone o wybór między dwiema wizjami Europy. Podstawą pierwszej, którą nazwę Europą liberalną, jest unifikacja rynku wewnętrznego oraz euro, które stanowi jej długoterminową gwarancję. Ta liberalna Europa ma predyspozycje do otwierania się na inne państwa, takie jak Turcja czy Rosja - według metody Jeana Monneta, ale ponad tradycyjnymi granicami starej Europy. Liberalna Europa w domyśle zdaje się na Stany Zjednoczone jako światowego żandarma - globalizacja wymiany jest dziś możliwa dzięki obecności amerykańskiej armii, szczególnie na Pacyfiku, tak jak pierwszą globalizację w XIX wieku umożliwiła brytyjska flota. Liberalna Europa polega więc na "lekkich" instytucjach i nowoczesnych armiach.

Można sobie wyobrazić także inną Europę, którą nazwałbym imperialną - ona również posiada wewnętrzną spójność. Po przekształceniu w federację wyposażona w silną i scentralizowaną władzę wykonawczą zaangażowałaby się w politykę mocarstwową, stając się rywalką Stanów Zjednoczonych albo nowo powstających biegunów władzy w Azji. Ta imperialna Europa zakłada zrzeczenie się w znacznym stopniu narodowych suwerenności i zasadnicze podwyższenie budżetów wojskowych. Parlament Europejski i być może władza wykonawcza powinny zostać wybrane raczej wedle kryteriów geograficznych niż narodowych. Czy państwa członkowskie się na to zgodzą? Nie wiadomo, bo kwestia nie została przedstawiona w ten sposób. Ta imperialna Europa nie mogłaby rozszerzać swoich granic, bo jej tożsamość uległaby zatarciu; granice te pozostałyby ustalone, mogłyby jednak powodować konflikty.

Byłoby zarozumialstwem, gdybyśmy ostatnie irlandzkie "nie" interpretowali podobnie jak wcześniejszą niezgodę Francji i Holandii na wybór jednej Europy przeciw innej. Wśród zwolenników niezgody znajdują się zarówno antykapitaliści, jak i ultraliberałowie. Jednak skandalem jest oskarżanie zwolenników "nie" o zaburzenia umysłowe w sytuacji, gdy pytanie było jeszcze bardziej mętne niż odpowiedź. Czy jednak rzeczywiście pytanie to powinno zostać pozbawione wieloznaczności? Czy w ogóle powinno zostać postawione? Europa liberalna czy imperialna? Czy przez nadmiar jasności nie ryzykujemy, że jedni Europejczycy staną przeciw drugim? Takie ryzyko istnieje. Wieloznaczność ma więc swoje uroki, a status quo swoje zalety. Angela Merkel pokazała rok temu, że można doskonale zarządzać interesami Europy w ramach sypiących się instytucji zwanych systemem nicejskim. Teraz, w ciągu kolejnych sześciu miesięcy, Nicolas Sarkozy powinien osiągnąć równie dobre rezultaty - to znaczy raczej określać projekty, niż wymyślać mechanizmy i procedury stanowiące cel sam w sobie. Francuski prezydent powinien ponownie sięgnąć do pism Jeana Monneta, o którym trzeba myśleć zawsze, gdy przekraczamy jakąś granicę bez paszportu, a nasze długi spłacamy w euro.

Guy Sorman

przeł. Wojciech Nowicki

p

*Guy Sorman, ur. 1944, francuski pisarz, publicysta polityczny i filozof. Jeden z nielicznych wśród francuskiej inteligencji zwolenników wolnorynkowego liberalizmu. Wydał m. in.: "Amerykańską rewolucję konserwatywną" (wyd. pol. 1983), "Rozwiązanie liberalne" (wyd. pol. 1985), "Rok koguta" (wyd. pol. 2006), "Dzieci Rifa'y. Muzułmanie i nowoczesność" (wyd. pol. 2007) oraz "L'économie ne ment pas" (2008). Jest stałym współpracownikiem "Europy" - ostatnio w nr 219 z 14 czerwca br. opublikowaliśmy jego tekst "Fałszywy pragmatyzm".