10-letni Tomek był regularnie bity przez ojca. Gdy nauczyciel wychowania fizycznego spytał go, skąd ma ogromne siniaki, tłumaczył, że spadł ze schodów. To samo powiedział lekarzowi, kiedy ojciec kopniakiem złamał mu żebra. Tak "spadał" ze schodów przez kilka lat. 12-letnia Hania zwierzyła się wychowawczyni, że brat mamy dziwnie ją dotyka. Nauczycielka nie powiadomiła nawet szkolnego pedagoga. Wezwała za to mamę dziewczynki na rozmowę. Ta przekonała ją, ża mała konfabuluje, bo nie lubi wujka, i ukarała córkę.

>>>Zbijesz dziecko, wyrzuca Cię z domu

Takich przypadków są w całej Polsce tysiące. Często można by szybciej zakończyć tragedię, gdyby dorośli interweniowali. Niestety w szkole, w której dziecko spędza najwięcej czasu, rzadko może ono liczyć na pomoc. Jedynie 46 proc. nauczycieli ankietowanych przez fundację Dzieci Niczyje zadeklarowało, że przynajmniej raz podjęło jakiekolwiek kroki, by pomóc uczniowi. Co dwudziesty zaś przyznał się, że mimo wiedzy, iż dzieje się coś niedobrego, nie zareagował.

"Wprawdzie badaniami objęliśmy tylko kilka placówek, ale problem występuje w całej Polsce" - mówi Monika Czyżewska z Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie. Świadczą o tym statystyki. 14 proc. uczniów szóstych klas szkół podstawowych co najmniej raz dostało od rodziców lanie, w wyniku którego doznało urazu (siniaki, zadrapania). Wobec 12 proc. z nich dorośli stosują kary fizyczne nawet za drobne przewinienia, a ponad 30 proc. dzieci zna kolegów, którzy są bici przez rodziców z byle powodu.

Dlaczego więc nauczyciele są tak bierni? Główną przyczyną jest lęk, że interweniując, mogą tylko pogorszyć sytuację dziecka. Co dziesiąty zaniechał pomocy z obawy przez osobistymi konsekwencjami, np. poświęceniem wolnego czasu. "Nie mieliśmy żadnych szkoleń w tym zakresie, nauczyciele nie znają prawa, procedur. Nawet gdyby podejrzewali, że dany uczeń padł ofiarą przemocy, baliby się cokolwiek zrobić, bo nie wiedzą, jak pomóc dziecku" - przyznaje Anna Biskup, pedagog w Szkole Podstawowej nr 155 im. św. Jadwigi Królowej w Krakowie.

"Ale nauczyciel nie musi znać się na wszystkich symptomach, po których można poznać, czy dziecko jest krzywdzone. Natomiast kiedy coś go zaniepokoi, powinien zainteresować tym pedagoga szkolnego. To ten ostatni jest od tego, by postawić wstępną diagnozę, to do niego należy opieka nad dzieckiem i kontakt z rodzicami" - mówi gorzko Czyżewska.

Potwierdza to 16-letnia Agnieszka z Gdyni, w klasie której był bity chłopiec. "Wszyscy o tym wiedzieli, tego się nie dało nie zauważyć, wychowawczyni też musiała znać problem. Ale nikt nie reagował, a my nie wiedzieliśmy, jak pomóc. Baliśmy się, że jak coś zrobimy, Kamil będzie miał w domu jeszcze gorzej" - mówi ze smutkiem dziewczynka.

Właśnie z myślą o takich dzieciach fundacja uruchomiła bezpłatny całodobowy telefon zaufania 116 111. "Dzieci i młodzież mogą dzwonić do nas z każdą sprawą. Niezależnie od tego, czy są ofiarami przemocy, czy po prosu nie potrafią rozwiązać problemu, który ich męczy. I mogą to zrobić anonimowo" - zapewnia Maria Keller-Hamela z zarządu FDN.

p

MAGDALENA JANCZEWSKA: Niedawno w Polsce było głośno o sprawie Alicji B., którą przez sześć lat wykorzystywał seksualnie ojciec. Dziewczyna prosiła szkołę o pomoc, ale jej nie dostała. Czy taka sprawa mogłaby się zdarzyć w USA?
NANCY CHANDLER*: Niestety tak. Najświeższe badania mówią, że jedna na cztery dziewczynki i jeden na sześciu chłopców przed 18. rokiem życia byli przynajmniej raz przedmiotem molestowania seksualnego. Aż 95 proc. przez kogoś z najbliższego otoczenia. Tak jest wszędzie, także w Polsce. Moje centrum w Atlancie zajmuje się rocznie 800 dziećmi, ofiarami przemocy. A w skali kraju programem pomocy w zeszłym roku objęto 171 tys. dzieci. Ale to tylko czubek góry lodowej. Z naszych badań wynika, że zaledwie 10 proc. ofiar zdecydowało się o tym komukolwiek powiedzieć.

Z badań przeprowadzonych w polskich szkołach wynika jednak, że nauczyciele często nie chcą się wtrącać...
Dlatego tak ważne są szkolenia wszystkich, którzy mają jakikolwiek kontakt z dziećmi. Nauczyciele, trenerzy, duchowni, dozorcy muszą wiedzieć, jak rozpoznawać sygnały, że dzieje się coś złego, i jak wówczas postąpić. W samej Georgii w ciągu dwóch lat przeszkoliliśmy pięć tysięcy osób.

Te szkolenia się sprawdzają?
Tak. Niedawno miałam nawet taką sytuację w rodzinie. Mój bardzo ruchliwy bratanek z powodu swojej aktywności ruchowej często chodzi posiniaczony. Jego mama została wezwana do szkoły i musiała się z tego tłumaczyć. Opowiedziała mi o tym urażona, że ktoś śmiał podejrzewać, iż bije swoje dziecko, a ja byłam dumna, że system działa.

* Nancy Chandler, prezes zarządu Center for Child Advocacy w Georgii, organizacji zajmującej się pomocą dzieciom - ofiarom wykorzystywania seksualnego i przemocy fizycznej