Akcji "Możesz Żyć!" stowarzyszenia "Damy Radę" patronuje Danuta Wałęsowa. "Szczepionka przeciw wirusowi HPV, który wywołuje raka szyjki macicy, musi być darmowa i obowiązkowa" - mówią kobiety ze stowarzyszenia.

>>>Petycja do premiera w sprawie szczepionki - podpisz ją na naszym forum

Ze swoją najnowszą akcją stowarzyszenie ruszy 19 stycznia. W większych miastach odbędą się seminaria z udziałem kobiet, które pokonały raka. Wszystko po to, by przekonać jak największą liczbę Polek do systematycznego wykonywania cytologii. Kobiety będą też lobbować w parlamencie, by szczepionka przeciw wirusowi HPV, która kosztuje półtora tysiąca złotych, została wpisana do obowiązkowego rejestru szczepień.

p

Anna Monkos: Bardzo emocjonalnie pani zareagowała na inicjatywę stowarzyszenia Damy Radę, które postuluje, aby szczepionki przeciw wirusowi HPV wywołującemu raka szyjki macicy były darmowe.
Jolanta Szczypińska: Przeszłam tę chorobę. Wiem, co to znaczy. Bardzo długo nie potrafiłam o tym mówić. To była droga przez mękę. Nie mogę nawet obwiniać o to wszystko siebie: robiłam badania profilaktyczne, a kiedy pojawiły się niepokojące objawy, zgłosiłam się do lekarza. Niestety zbagatelizował sprawę. Ja ciągle miałam złe przeczucia, a po roku okazało się, że to już była zaawansowana choroba nowotworowa.

Jak pani zareagowała?
Pewnie tak samo jak większość osób, które się dowiadują, że są chore. Na początku było niedowierzanie. Potem myśl, że leczenie się nie powiedzie. Że to już jest koniec. Lekarz dawał mi 25 procent szans. Pomyślałam sobie: trochę mało. Ale ja jestem osobą waleczną. Najgorsze to się załamać. Oczywiście bywały momenty, że nawet mnie się wydawało, że odpuszczam. Płakałam w poduszkę. Ale rano brałam się w garść. W takich sytuacjach szalenie ważni są ludzie. Tacy, którzy mówią: „Jestem z tobą. Trzymam cię za rękę”. Ja miałam to szczęście, a nie zawsze tak jest. Widziałam kobiety, którym do szpitala przynoszono dokumenty rozwodowe. Część moich przyjaciół też wtedy odeszła. Nie obwiniam ich, nie umieli się pewnie odnaleźć w tej sytuacji. Ale okazało się, że inni, o których nigdy bym nie pomyślała, że jestem dla nich tak ważna, byli ze mną. To dawało siłę. Tak samo jak inne kobiety, które poznałam na oddziale onkologicznym. One bardzo cierpiały. Może nawet bardziej niż ja. Odnajdowałam się w tym, że je wspierałam. Tam się narodziły wielkie przyjaźnie.

Długo pani czekała na operację?
W tej klinice przeleżałam ponad miesiąc. A przecież kiedy dostałam skierowanie z adnotacją „pilne”, to wydawało mi się, że to naprawdę oznacza „pilne”. Okazało się, że kolejka jest długa. Na oddziale było mnóstwo kobiet, niektóre z bardzo zaawansowanym stadium choroby. Dla wielu było już za późno, żeby uratować życie. Zobaczyłam wtedy, jak okrutne żniwo zbiera ta choroba. Wszystkie trzymałyśmy za siebie kciuki. To były straszne chwile, kiedy się okazywało, że kolejna kobieta umiera. Sam zabieg operacyjny to jedno. Potem jest bardzo długie leczenie: radioterapia czy chemioterapia. Do tego dochodzi cierpienie psychiczne. Strach.

Ale pani udało się wyleczyć.
Myślę, że tak. Ale to nie jest takie proste. Przez pierwsze pięć lat bardzo się czeka na każde kolejne wyniki badań, które pokażą, czy wszystko jest w porządku. U mnie nie zawsze było. Czasem trzeba było wracać do chemioterapii. Ale ja się z czasem zaprzyjaźniłam z tym rakiem. Zawarłam z nim pakt o nieagresji. Kiedy był moment nawrotu choroby, powiedziałam do niego: „Dobra, znów masz swoje pięć minut. Ale ja też potrzebuję jeszcze czasu. Mam różne rzeczy do zrobienia. Rozumiem, że sobie pójdziesz, raczku”. Trzeba mieć do tego dystans. Na oddziale onkologicznym utworzyłyśmy nawet „klub raczków”. Trochę kabaretowo, ale trzeba było jakoś odreagować. Teraz z klubu zostałam już tylko ja i jeszcze jedna koleżanka. Ta choroba jest bezwzględna. Ja czuję, że dostałam ekstra wiele lat. Nauczyłam się cieszyć z każdego dnia życia. I nie godzić na bycie biernym, kiedy można komuś uratować życie.

Namawia pani koleżanki do badań kontrolnych?
Wszystkie. Kobiety często nie robią badań, bo się boją. Mówiłam swoim koleżankom, że gdyby przeszły się po oddziale onkologicznym i zobaczyły to cierpienie, byłoby im wstyd, że się nie badają. Swoim chrześniaczkom zasponsorowałam też szczepionki przeciw HPV. To był normalny odruch. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek musiał przejść taką drogę krzyżową jak ja i moje chore koleżanki. Jeśli jest jakakolwiek szansa, żeby dziewczyny uchronić przed chorobą, to trzeba z niej skorzystać. Nawet jeśli to jest tylko 70 proc. szans, to i tak dużo. Więcej niż 25. Oczywiście szczepionki nie wystarczą. Równolegle trzeba się badać. Zgłaszać na cytologię. I mówić o tym raku, Przełamywać tabu. O raku piersi się mówi. O nowotworze szyjki macicy się do tej pory milczało. Może to dlatego, że kobiety wstydzą się o tym mówić. To bardzo intymne. Trzeba to zmienić. Ta choroba dziesiątkuje kobiety. A nie musi tak być.

Myśli pani, że jest szansa, że te szczepionki będą darmowe dla najbiedniejszych dziewczynek?
Powinny być. Są duże pieniądze na profilaktykę, które nie zawsze są dobrze wykorzystywane. Część imiennych zaproszeń na cytologię czy mammografię trafia nie do kobiet, ale prosto na śmietnik. Część tych środków można przeznaczyć na szczepionki. Każda matka, która miałaby świadomość, czym jest rak szyjki macicy i jak można się przed nim ustrzec, na pewno zaszczepiłaby swoją córkę. Tu chodzi o życie.