Kiedy w 1959 roku Władysław Gomułka pozwolił, by polscy naukowcy zaczęli korzystać z programu Fulbrighta, był przekonany, że państwowa kontrola nad stypendiami pozwoli wysyłać tylko takich ludzi, których kapitalizm nie przeciągnie na swoją stronę. Amerykanie zaś mieli nadzieję, że dzięki stypendiom uda się im w bloku wschodnim zbudować prozachodnie lobby. Po latach okazało się, że to oni mieli rację.

Do USA z Polski początkowo wyjeżdżali przede wszystkim angliści. Co roku 30-40 osób. Ilu dokładnie nie wiadomo. "W PRL pulą stypendiów zarządzał odpowiedni minister. Wybranego naukowca wskazywała uczelnia, ale zatwierdzały władze" - mówi nam Andrzej Dakowski, prezes Fundacji Fulbrighta. By wyjechać, konieczne było poparcie partyjne. Szczególnie odkąd w latach 70. program stypendialny Fulbrighta szerzej otwarto na studia społeczne i techniczne.

"Wyjeżdżać zaczęli ekonomiści i socjolodzy, nad którymi partia chciała mieć już silniejszą kontrolę" - mówi nam historyk prof. Wojciech Roszkowski. "Jednak ci młodzi naukowcy, choć należący do PZPR i bardzo często przed wyjazdem podpisujący zobowiązania do współpracy, nie byli partyjnym betonem. Wręcz przeciwnie, to byli raczej konformiści, którym przynależność do partyjnego establishmentu miała tylko ułatwić ścieżkę kariery naukowej" - dodaje Roszkowski.

I tak ci młodzi, zdolni i związani z systemem w USA uczyli się nie tylko języków, ale także poznawali zachodni system wartości. Po powrocie wprawdzie nie chcieli rewolucyjnej zmiany, ale coraz dobitniej widzieli zgrzebność komunizmu i dołączali się do partyjnych reformatorów. "Doskonałym przykładem jest tu kariera Henryki Bochniarz czy Dariusza Rosatiego" - uważa Dakowski. Oboje przed wyjazdem pracowali w Szkole Głównej Planowania i Statystyki. W III RP Bochniarz została ministrem przemysłu i handlu, a Rosati ministrem spraw zagranicznych.

Stypendium Fulbrighta figuruje także w życiorysach byłego prezydenta Warszawy Marcina Święcickiego, premierów Marka Belki i Włodzimierza Cimoszewicza, ministrów finansów Grzegorza Kołodki i Leszka Balcerowicza czy polskiej komisarz w Brukseli Danuty Huebner. "Widać, jak wielu liderów polskiej polityki i ekonomii przewinęło się przez to stypendium. Oczywiste jest więc, że miało ono ogromny wpływ na zbudowanie postkomunistycznych kadr" - mówi Wojciech Roszkowski. Z kolei profesor Jadwiga Staniszkis uważa nawet, że kształt polskiej transformacji początku lat 90. to w dużej mierze zasługa grupy osób, które wykształciły się dzięki stypendiom Fulbrighta.

Oficjalnym uzasadnieniem programu stworzonego w 1945 roku przez senatora Williama Fulbrighta było przełamywanie powojennego izolacjonizmu. "Dziś jednak przychodzą do głowy myśli, że mógł to być amerykański plan rozsadzenia komunistycznego systemu od środka" - podsumowuje Dakowski.