To nie jest umiejętność błaha. Głównym defektem polskiej myśli politycznej i społecznej jest naiwna ufność wobec idei. Wiara, że gdzieś w próżni między Bogiem a Bytem autorzy snują łańcuchy czystych myśli, w których jak w "Etyce" Spinozy aksjomaty rodzą tezy główne, a te z równą koniecznością dyktują dalsze konsekwencje. A my potem musimy tym wszystkim myślom wiernie służyć. Tymczasem myśli mają kontakt z bytem i to często zupełnie prozaiczny, zdejmujący z nich nimb intelektualnej świętości. Dziś na przyklad Nowicki pokazuje, że kto zna choć trochę Scrutona, ten rozumie, że jego poglądy nie mogą stanowić pomysłu na świat. Choćby dlatego, że on sam świata po prostu nie znosi.

Druga zmiana wzięła się z listów czytelników wskazujących na to, że opisujemy współczesną myśl zachodnią głównie w czasie realnym. Na bieżąco, fotografując ducha dziejów w trybie online, opisując debaty w tej fazie, w której kształtują one świat. Piszecie Państwo, że chcecie więcej średniookresowej perspektywy. Czyli książki. Dlatego w każdym numerze "Europy" pojawiać się będzie rubryka "Czytelnia".

I ostatnia zmiana. Brak reprodukcji sztuki nowoczesnej. To przeforsowany wbrew woli redakcji pomysł autora nowej makiety Marcina Wichy. Jak wielu absolwentów akademii sztuk zafascynowanych masowymi nośnikami stracił on serce do prezentowania malarstwa. Uważa, że na gazetowym papierze wysiłek malarski wygląda pretensjonalnie. Konkretność zdjęcia jest podobno artystycznie bardziej dobitna. Może. W razie protestów poprzednie ilustracje przywrócimy. Proszę o listy.

I ostatnia uwaga. "Europa" nigdy nie miała linii. To przestrzeń bez wyróżnionych wektorów i tak pozostanie. Ale też bez zmian pozostaje nasza maniera, którą wszyscy goście "Europy" poznają i akceptują na wstępie, że zarówno teksty, które dostajemy, jak i wywiady, które przeprowadzamy, komentujemy obok bez żadnych oporów. Pisane przez nas didaskalia nie są ani naszą manipulacją, ani złośliwością. Są naszym poglądem. Tyle wstępu. A teraz do rzeczy.

***

Dziś rozmowa z Jarosławem Markiem Rymkiewiczem, kolejny wywiad z pisarzem, o którym będzie głośno. Rymkiewicz bowiem sformułował własną definicję polskości, której rozmach konkurować może jedynie z jej radykalizmem.

Rymkiewicz twierdzi, że fundamentem nowoczesnej polskości jest śmierć. Masakra dwustu tysięcy Polaków w Powstaniu Warszawskim. "To była nasza Deklaracja Niepodległości" – mówi Rymkiewicz i nie chodzi mu o to, że o tamtej katastrofie trzeba pamiętać, a odwagę powstańców podziwiać. Ale że ich pójście na stos, ofiara z własnego życia, jest istotą polskości.

Jednym ruchem Rymkiewicz przelicytował wszystko, co oferują dzisiejsi kustosze narodowego cierpienia. Nie chodzi o żadną politykę historyczną, o kolejne muzea i kolejne ordery, ale o dobitną apologię śmierci na ołtarzu ojczyzny. Na początku XXI wieku Rymkiewicz oznajmia nam, że dla nas Polaków nie ma spokojnej nowoczesności ani bezpiecznej prywatności. Jak Spartanie, jak Rzymianie, jak nękani przez zaborców Polacy za najwyższy cel i sens musimy uznać gotowość umierania za ojczyznę.

Kto sądzi, że to kabotyńskie sztuczki albo łatwa stylizacja na Mickiewicza, po lekturze wywiadu zobaczy, że sprawa jest bardziej złożona. Rymkiewicz jest nie tylko autentyczny, ale też myślowo spójny, a literacko wręcz wspaniały. Ton jego brzmi tak czysto, że aż ciarki przechodzą po plecach. Świetne heideggerowskie strofy o byciu ku śmierci rozpisane na polskie realia z tym szczególnym okrucieństwem, jakie rozważaniom o śmierci przydaje odrzucenie religijnej perspektywy.

Gdyby Rymkiewicz opublikował swoją książkę rok temu, zostałby nie tylko głównym ideologiem, ale także metafizykiem IV RP. Wieszczem zachowań heroicznych, symbolicznych, a nade wszystko przegranych, dla którego nie liczy się sukces, jedynie przeżyty w momencie porażki egzystencjalny dreszcz. Jednak również dziś swoją diagnozą uwiedzie wielu polskich konserwatystów, którzy tylko szukają dróg ucieczki z realnego świata. Przede wszystkim jednak Rymkiewicz ożywi toczącą się w Polsce od dwóch wieków debatę, czy młodzież wychowywać do życia, czy do śmierci. Czy nadal wbijać im do głowy, że "pięknie i zaszczytnie jest umierać za ojczyznę". Dewizę na której wychowały się podziwiane przez Rymkiewicza dzieci Warszawy. Dyskusja ta jest nam potrzebna. Bo nie ma dziś żywego modelu polskości. Po 1989 roku Polacy bali się myśleć w kategoriach narodowych, uznając, że to opóźni naszą europeizację. Tymczasem Polacy – podobnie jak Rosjanie, Żydzi, Francuzi czy Amerykanie – należą do nacji potrzebujących wspólnotowej autodefinicji. Nasza tożsamość narodowa nie została nam dana prosto jako miejsce na ziemi. Polska przesuwała się po mapie gwałtownie, zmieniając i wielkość, i kształt, i położenie, a bywało, że z mapy w ogóle ginęła. To nauczyło nas definiowania się w sferze idei. Mylimy się, sądząc, że dziś ominiemy ten problem, że polskość wykrystalizuje się nam sama, gdzieś w ideowo bezpiecznym obszarze mieszczańskiej codzienności, jak u Czechów. Zwłaszcza dziś, gdy cała Europa podlega renacjonalizacji, a Polacy mający jeszcze swoje problemy z Rosją będą ten proces przeżywać dużo głębiej.

W polityce jedynie bracia Kaczyńscy rozumieją, że naród wymaga idei, formy i symbolu. Jednak proponują anachroniczne treści. Oferta Rymkiewicza wydaje się jednak jeszcze gorsza. Heroizacja polskości, heroizacja polityki nie są przygotowaniem do epoki, w której Rosja przeprowadza rozbiór Gruzji. Ten patriotyzm nie mobilizuje do budowy silnej i nowoczesnej Polski. To patriotyzm gestu, w którym nie chodzi o to, by wygrać, ale żeby ładnie wypaść w oczach pisarzy następnych pokoleń.

Robert Krasowski