W grudniu 1938 r. wicepremier i minister skarbu Eugeniusz Kwiatkowski przedstawił w Sejmie plan gospodarczy na najbliższe 15 lat. Przewidywał on stworzenie w latach 1939–1942 przemysłu zbrojeniowego, kolejne trzy lata miały być poświęcone na rozwój infrastruktury komunikacyjnej, lata 1945–1948 na podniesienie poziomu rolnictwa i oświaty, a do 1951 r. miała nastąpić rozbudowa przemysłu i miast. Finałem miała być likwidacja gospodarczego podziału kraju na Polskę A i Polskę B w latach 1952–1953, przy czym Polska B obejmowała wówczas ponad połowę terytorium Rzeczypospolitej – województwa białostockie, wileńskie, poleskie, nowogródzkie, wołyńskie, tarnopolskie, stanisławowskie i lwowskie. Tam też planowano inwestycje, m.in. elektrownie wodne na Dniestrze, gazociągi z zagłębia borysławskiego i fabryki celulozy na Polesiu.

Nie były to mrzonki. W 1937 r. ruszyła budowa Centralnego Okręgu Przemysłowego. COP miał powstać na terenie części województw kieleckiego, krakowskiego, lubelskiego i lwowskiego, obejmując obszar 60 tys. km kw., na którym mieszkało 6 mln Polaków. Jego centrum stanowił Sandomierz i zbudowane w jego sąsiedztwie nowe miasto – Stalowa Wola. Tam właśnie powstała huta i zakłady zbrojeniowe, w Dębicy – fabryka kauczuku syntetycznego i opon Stomil, w Lublinie – fabryka samochodów, w Mielcu i Rzeszowie – zakłady lotnicze, w Starachowicach i Radomiu – fabryki broni. Rozpoczęto też budowę kilku elektrowni wodnych, m.in. w Czorsztynie, Rożnowie, Porąbce, Solinie, Myczkowcach i Łukawcu.

Inwestycje COP, których wartość wynosiła 1 mld ówczesnych złotych, ruszyły jednocześnie w ponad 40 miejscach. Między innymi dzięki nim w ciągu kolejnych lat gospodarka Polski rosła o 10 proc. rocznie, a pracę w przemyśle znalazło 110 tys. osób. Do 1939 r. udział przemysłu w PKB zwiększył się do 50 proc. (dekadę wcześniej wynosił 30 proc.), mimo że ukończonych zostało tylko 26 z 36 zaplanowanych fabryk, hut i elektrowni. Motorem COP był przemysł zbrojeniowy, w tym fabryki samolotów, broni i amunicji. Na deskach kreślarskich powstawały projekty nowoczesnych myśliwców, karabinów, dział i czołgów, które do 1942 r. miały zmienić polskie wojsko w nowoczesną armię.

Sukces COP stał się dla wicepremiera Kwiatkowskiego inspiracją do stworzenia najbardziej ambitnego planu rozwoju gospodarczego w historii RP. Jego realizację przerwała napaść Niemiec i Związku Radzieckiego.

Inżynierowie w walce o wolność

W okupowanym kraju trwała podziemna walka – także technologiczna i ekonomiczna. Gospodarcza konspiracja odegrała wielką rolę we wpieraniu struktur Państwa Podziemnego i jego armii.

Niemieckie gazety niemal codziennie informowały o wyrokach śmierci za spowodowanie strat dla gospodarki III Rzeszy. Jednak nawet w wewnętrznych meldunkach wojskowych nie podawano dokładnej liczby przeprowadzonych przez podziemie akcji. Szef nazistowskiej propagandy Josef Goebbels tłumaczył: „Są konkretne słowa, których musimy unikać jak diabeł święconej wody. Do nich należą na przykład sabotaż i zamach. Nie wolno używać takich sformułowań w codziennym żargonie”.

Organizujący ruch oporu w przemyśle członkowie Państwa Podziemnego mieli do rozwiązania wiele dylematów. Inżynierowie, przedsiębiorcy i działacze gospodarczy doskonale wiedzieli, jak wielki wysiłek ponosiła niepodległa Polska, tworząc przemysł, i jak bardzo będzie on potrzebny do powojennej odbudowy kraju. Dlatego organizując sabotaż i dywersję w fabrykach, należało działać precyzyjnie i racjonalnie. Chodziło o to, by akcje były dotkliwe dla okupanta, ale by nie skutkowały całkowitym zniszczeniem lub zamknięciem fabryki oraz wywiezieniem jej załogi do Niemiec. Należało więc umiejętnie godzić potrzeby walki z potrzebami kraju po zakończonej wojnie.

Już na początku okupacji została ogłoszona akcja „Żółw”, a podobizny tego zwierzęcia wraz z napisem „Polaku pracuj powoli” pojawiły się na murach w wielu miastach. W rezultacie wydajność w kopalniach spadła o 10 proc., a w rafineriach – nawet o 40 proc. Jeśli niemieckie fabryki na wyprodukowanie jednego pocisku potrzebowały 22 minut, to w Kielcach ta sama czynność zajmowała 51 minut. Efektem były ciągle niewykonane plany, co powodowało konieczność zatrudniania dodatkowych robotników. Narzucając okupantowi taką formę walki ekonomicznej, polskie podziemie osiągało dwa cele – chroniło ludzi przed wywiezieniem na roboty do III Rzeszy i powodowało gwałtowny wzrost kosztów produkcji w niemieckim przemyśle wojennym. Wojna kosztowała Berlin coraz więcej.

Działania typowo dywersyjne od kwietnia 1940 r. planował i koordynował powołany rozkazem komendanta ZWZ gen. Stefana Roweckiego Związek Odwetu – specjalna organizacja sabotażowo-dywersyjna Związku Walki Zbrojnej. Nie było tu mowy o improwizacji. Cele były konsultowane z brytyjskim Zarządem Operacji Specjalnych (SOE), a ataki musiały być przeprowadzone według ściśle określonych instrukcji. Zespoły sabotażowe były niewielkie i przeszkolone, a w ich skład wchodzili zwykle zaprzysiężeni przez podziemie robotnicy i kolejarze. Pionem przemysłowej dywersji kierował mjr Franciszek Niepokólczycki, oficer wojsk inżynieryjnych i saper.

Operacje ZO obejmowały m.in. uszkadzanie ramp, torów, mostów i znaków sygnalizacyjnych w pobliżu fabryk, a także blokowanie dojazdów, psucie dróg, lokomotyw, wagonów i dźwigów. Skuteczna akcja polegała na wstrzymaniu lub ograniczeniu produkcji przez zakład na czas od czterech do ośmiu tygodni przy jednoczesnym uniemożliwieniu wywózki jego wyposażenia do Niemiec.

Związek Odwetu nadał walce ekonomicznej z wrogiem nową jakość i zorganizowany charakter, zgodny z wytycznymi Naczelnego Wodza i planami SOE. Nic więc dziwnego, że szef Sicherheitspolizei (Policji Bezpieczeństwa) i Sicherheitsdienst (Służby Bezpieczeństwa Rzeszy) w Radomiu alarmował: „Istnieją grupy sabotażowe działające tylko na określony rozkaz. To im bez wątpienia należy przypisać incydenty, zdarzające się ostatnio tak często. Straty powstałe w wyniku samych pożarów są ogromne”.

Konspirujący inżynierowie wykorzystywali też swoją wiedzę, by tworzyć niszczące niemieckie wysiłki wojenne technologie. Doktor Henryk Guenther oraz chemicy Ludwik Nowicki i Zenon Pluciński stworzyli substancję, która powodowała szybką korozję. W warsztacie elektronicznym Mariana Spychały stworzono zaś środek do skażania benzyny, która pod jego wpływem traciła jakość i uszkadzała silniki. Takich okupacyjnych patentów były setki.

Ten budynek to była dla nich Polska

Spośród instytucji odrodzonej w 1918 r. Rzeczypospolitej to Poczta Polska wyróżniała się imponującą historią. Jej początki sięgały 1558 r. – król Zygmunt August nakazał utworzenie Poczty Królewskiej jako instytucji świadczącej usługi publiczne. 360-letniej tradycji towarzyszył szczególny etos służby. Pocztowcy byli jedną z najlepiej zorganizowanych grup pracowników państwowych, a Pocztowe Przysposobienie Wojskowe drugą najliczniejszą – po kolejarzach – taką organizacją w kraju. Zrzeszeni w setkach kół sportowych pocztowcy rywalizowali w strzelectwie, biegach, narciarstwie, piłce nożnej i wielu innych dyscyplinach.

Już w 1920 r. utworzono w Gdańsku Polski Urząd Pocztowo-Telegraficzny, którego główną siedzibą stał się budynek dawnego szpitala garnizonowego przy pl. Heweliusza. Od 1930 r. mieściła się w nim też centrala telefoniczna, posiadająca bezpośrednie połączenie z Warszawą, Bydgoszczą, Poznaniem i Tczewem. W Gdańsku zostało także zainstalowanych 10 skrzynek pocztowych z polskim godłem. Były one regularnie niszczone, a widok listonoszy z orzełkiem na czapce rozwścieczał niemieckich nacjonalistów. Te błahe z pozoru spory urastały w relacjach z Niemcami do rangi dyplomatycznych kryzysów, których rozwiązywaniem musiała się zajmować Liga Narodów i Stały Trybunał Sprawiedliwości Międzynarodowej w Hadze. Po przejęciu władzy przez nazistów w Niemczech i samym Gdańsku polscy pocztowcy znaleźli się na pierwszej linii konfliktu, a szykany wobec nich były na porządku dziennym. W 1939 r. stało się jasne, że w przypadku wybuchu wojny szybkie zajęcie poczty przy pl. Heweliusza, podobnie jak tranzytowej składnicy wojskowej na Westerplatte, będzie dla Niemców jednym z pierwszych celów.

Wśród pocztowców było wielu przeniesionych do rezerwy wojskowych. Jednym z nim był urodzony w Goręczynie na Kaszubach Alfons Flisykowski. Już w czasie nauki w gimnazjum w Kościerzynie został z niego usunięty przez pruską dyrekcję za działalność niepodległościową. Po wybuchu wojny z sowiecką Rosją wstąpił na ochotnika do wojska, był ranny w czasie walk pod Ciechanowem. Po wojnie ukończył szkołę podoficerską ze specjalnością telegrafisty, by rozpocząć wkrótce pracę w Poczcie Polskiej w Wolnym Mieście Gdańsku.

W 1939 r. Flisykowski pracował w stopniu podreferendarza w dziale pocztowym placówki przy pl. Heweliusza. Jednocześnie był dowódcą tajnej komórki, mającej na celu obronę budynku w przypadku niemieckiego ataku. Obaw przed takim scenariuszem było coraz więcej. Jedna z pracownic Poczty Polskiej Elżbieta Szuca-Marcinkowska wspominała po latach: „Miasto było piękne, ale atmosfera zła. Zaczęły się te marsze młodych z Hitlerjugend, strasznie krzykliwych. Z przyjaciółką Wandą Kamrowską, też telegrafistką, wynajmowałyśmy stancje. Z pierwszej właściciel wyrzucił nas, gdy 3 maja wywiesiłyśmy polską flagę”.

Od jesieni 1938 r. niemiecki rząd coraz agresywniej domagał się przyłączenia Gdańska do III Rzeszy. W marcu 1939 r., po rozbiorze Czechosłowacji i zajęciu przez Niemców Kłajpedy, stało się jasne, że nadchodzi czas rozstrzygnięcia przyszłości Wolnego Miasta. Polska musiała znaleźć odpowiedź na coraz częstsze prowokacje oraz niemal jawne uzbrajanie przez nazistów działających na terenie Gdańska paramilitarnych oddziałów SS i SA. W polskich urzędach pocztowych wprowadzono dyżury nocne, a w MSW w Warszawie i wojskowym wywiadzie powstał plan obrony gmachu przy pl. Heweliusza. Do jego realizacji wysłano do Gdańska oficera rezerwy ppor. Konrada Guderskiego.

Urodzony w Piotrkowie Trybunalskim i wychowany w Pruszkowie Guderski był cywilnym pracownikiem wojskowego wywiadu, zajmującym się planowaniem dywersji pozafrontowej. W 1938 r. wziął udział w dwóch tajnych misjach na Zaolziu i Rusi Zakarpackiej. Po przyjeździe do Gdańska w pierwszej kolejności wtajemniczył w nowe plany Alfonsa Flisykowskiego oraz pełniącego obowiązki dyrektora Poczty Polskiej dr. Jana Michonia. Szef placówki, były legionista i powstaniec śląski, wyznaczył specjalne miejsce w gmachu na ukrycie broni, amunicji i materiałów wybuchowych. Ich potajemny przerzut z Gdyni, z użyciem samochodów pocztowych, trwał do połowy maja. Jednocześnie Guderski tworzył wśród pocztowców pięcioosobowe zespoły dywersji na wypadek spodziewanej niemiecko-polskiej konfrontacji. Gdańska policja deptała jednak Polakom po piętach. Po aresztowaniu dwóch listonoszy pod zarzutem współpracy z polskim wywiadem akcję przerzutu broni zawieszono, a zagrożonych wpadką pocztowców odesłano do innych miast Polski. W ich miejsce w sierpniu 1939 r. przybyło 10 pracowników z Gdyni i Bydgoszczy, również z doświadczeniem wojskowym.

Atak 1 września 1939 r. nie był zaskoczeniem. Szokiem dla Niemców była trwająca aż 14 godzin obrona placówki. Zginęło ośmiu jej pracowników, sześć osób zmarło w szpitalach w wyniku ran i poparzeń. 38 pocztowców, po parodii procesu, zostało rozstrzelanych na gdańskiej Zaspie, jednego zamordowano w Lasach Piaśnickich. Była to sądowa zbrodnia, gdyż Poczta Polska w Gdańsku w myśl prawa międzynarodowego stanowiła 1 września 1939 r. terytorium Polski. Jej obrońcy nie mogli być więc uznani za partyzantów, skoro bronili skrawka własnego państwa. Z 58 Polaków, którzy w dniu wybuchu wojny byli w budynku przy pl. Heweliusza, przeżyło ją jedynie pięcioro.

Energetyczna konspiracja

Pierwsza konspirować zaczęła energetyka. Szczególną rolę odegrała Warszawa – od 19 września elektrownia na Powiślu znajdowała się pod ostrzałem artyleryjskim, jednak mimo wielkich zniszczeń i ofiar w ludziach jeszcze przez kilka dni zapewniała energię oblężonej stolicy. Gdy 23 września ostatecznie przestał płynąć prąd, energetycy robili, co mogli, by uruchomić i podtrzymać awaryjne zasilanie w szpitalach, stacjach filtrów i pomp czy centrali telefonicznej PASTA. 30 września, po kapitulacji stolicy, prezydent Stefan Starzyński podziękował pracownikom elektrowni za ich walkę i poświęcenie. Ośmiu z nich otrzymało wysokie odznaczenia państwowe.

Konspiracja energetyków zaczęła tworzyć się niemal natychmiast po klęsce. Ukrywano miedziane elementy sieci, które Niemcy wywozili jako surowiec do zakładów zbrojeniowych – z Warszawy udało się im wywieźć zaledwie cztery ze 170 ton. Powszechna była akcja „bocznikowania” liczników i dostarczania prądu za darmo nie tylko mieszkańcom miasta, lecz także konspiracyjnym warsztatom i drukarniom. Chociaż groziła za to kara śmierci, energetyczna konspiracja była powszechna i skuteczna. Było to możliwe m.in. dzięki temu, że na etatach inkasentów pracowali działacze podziemia i ZWZ/AK. Posiadane przez nich przepustki umożliwiały też wchodzenie na teren warszawskiego getta. Żydzi we wspomnieniach często przywoływali energetyków, którzy przemycali dla nich chleb, leki i inne produkty.

Dni chwały warszawska elektrownia przeżyła ponownie w czasie Powstania Warszawskiego. Zdobyta przez żołnierzy Armii Krajowej przez ponad miesiąc zaopatrywała w prąd walczącą stolicę. To również tam zbudowano jedyny w okupowanych krajach samochód pancerny dla podziemnej armii – „Kubusia”.

Ale energetyczna konspiracja działała nie tylko w Warszawie. Tajną działalność prowadziło Stowarzyszenie Energetyków Polskich. Profesor Czesław Mejro, jeden z najwybitniejszych polskich specjalistów z tej branży, pracujący w czasie okupacji w Zakładach Wytwórczych Aparatury Wysokiego Napięcia Kazimierza Szpotańskiego w Międzylesiu, wspominał: „Fabryczne dokumenty pozwalały bezpiecznie podróżować, przez fabrykę przechodziły materiały dla potrzeb konspiracji, szła na boku produkcja. Podziemie potrzebowało zaopatrzenia. Od połowy 1941 r. brałem udział w przygotowaniu dla jego potrzeb sprzętu radiowego. Produkcja radiostacji nadawczych, krótkofalowych, szła w seriach 20–25 sztuk. Firma S. Gajęckiego i Cz. Bełkowskiego (silniki GAD) produkowała dla nich zespoły spalinowo-elektryczne, a firma K. Pustoła – prądnice. Kazimierz Szpotański, który był przede wszystkim prezesem konspiracyjnego Stowarzyszenia Energetyków Polskich skontaktował mnie na początku 1941 r. z prof. Janem Obrąpalskim – najwybitniejszym spośród energetyków, a zarazem jednym z najszlachetniejszych ludzi, jakich przyszło mi w życiu spotkać. Profesor zaproponował mi współpracę przy opracowywaniu programu elektryfikacji Polski powojennej, przy czym, co było wtedy porażające – z granicą zachodnią na Odrze i Nysie”.

Kolej walczy na wszystkich frontach

Kolejnictwo było dla okupantów niełatwym przeciwnikiem. W 1939 r. PKP zatrudniały 220 tys. pracowników, doskonale zorganizowanych w związkach zawodowych i liczącej ponad 100 tys. członków paramilitarnej organizacji Kolejowe Przysposobienie Wojskowe (KPW). Po wybuchu wojny na pracownikach kolei spoczął niebywały ciężar i odpowiedzialność: musieli dowieźć na front 32 wielkie jednostki Wojska Polskiego i ponad milion rezerwistów, do czego potrzebnych było ponad 3 tys. pociągów. Jednocześnie celami pierwszych niemieckich ataków lotniczych stały się stacje i węzły kolejowe. Kolejarze musieli jednocześnie zapewniać ruch pociągów, usuwać zniszczenia i walczyć z niemieckim wojskiem.

Symbolem ich bohaterstwa stała się stacja w Szymankowie, gdzie kolejarze uniemożliwili Niemcom opanowanie mostu w Tczewie za pomocą pociągu pancernego – skierowali go na boczny tor, gdzie się wykoleił. W Chojnicach również doszło do walki: kolejarze i żołnierze zdobyli tam niemiecką drezynę i wysadzili most pod pociągiem pancernym. Wielu pracowników PKP za taką postawę zostało później zamordowanych.

Warto też wspomnieć o dziewięciu polskich pociągach pancernych, których załogi we wrześniu 1939 r. walczyły zarówno z Niemcami, jak i z Sowietami. Nic dziwnego, że po zajęciu Polski okupanci przystąpili do bezwzględnej walki z tworzącą się wśród kolejarzy konspiracją. Prezes Kolejowego Przysposobienia Wojskowego Władysław Starzak, były legionista i poseł, zginął w Auschwitz – trafił do obozu pierwszym transportem. Podobny los spotkał wielu innych działaczy KPW.

Jednak walka dopiero się rozpoczynała. Kolejarze masowo wstępowali do podziemnych organizacji i tworzyli własne. Rozpoczął się zaplanowany na wielką skalę sabotaż, którego celem było utrudnienie Niemcom wykorzystania kolei w prowadzonej przez nich wojnie. Uszkadzano osie wagonów, fałszowano dokumenty przewozowe, zamieniano nalepki adresowe na wagonach oraz ich numery. Sabotażem została objęta co czwarta cysterna, a w 1942 r. co piąty parowóz był niesprawny. Niemiecka dyrekcja kolei we wrześniu 1943 r. informowała o zaginięciu 500 wagonów i 200 cystern wraz z ładunkami. Jednocześnie kolejarze pomagali w nielegalnej dostawie żywności do miast, ostrzegali pasażerów przed łapankami na dworcach, przewozili konspiracyjną pocztę i poszukiwanych przez gestapo członków podziemia, a także żołnierzy – uciekinierów z obozów jenieckich.

Największe nasilenie sabotażu na kolei nastąpiło po ataku Niemiec na Związek Radziecki. Uszkodzonych lub przetrzymanych w remoncie zostało wówczas ponad 2 tys. parowozów i niemal 3 tys. wagonów. Wykolejono lub podpalono ponad 300 transportów. Podziemną organizacją zajmującą się dywersją na kolei był utworzony latem 1941 r. „Wachlarz”. Zasięg akcji wykraczał daleko poza przedwojenne granice Polski. To właśnie członkowie „Wachlarza” w ramach akcji „Bariera” przecięli linie kolejowe w 92 miejscach równocześnie i przeprowadzili 50 innych dużych akcji dywersyjnych, m.in. w okolicach Mińska białoruskiego oraz Dyneburg. W październiku 1942 r. konspiratorzy ze Związku Odwetu przeprowadzili też wielką operację „Wieniec”, wysadzając w ciągu jednej nocy tory wokół Warszawy.

Bez leśników nie ma partyzantki

Bez pracowników Lasów Państwowych konspiracja nie mogłaby być skuteczna. To do nich należało ukrywanie i zaopatrywanie oddziałów partyzanckich, działaczy podziemia i cichociemnych. To oni zakładali leśne magazyny broni, amunicji i materiałów wybuchowych, znajdowali bezpieczne miejsca dla tajnych radiostacji czy zrzutowiska dla lotnictwa alianckiego. Leśnicy byli przewodnikami partyzantów i wywiadowcami, tworzyli też własne oddziały bojowe, które wyróżniły się skutecznością w walce z wrogiem. Do każdej z tych ról byli doskonale przygotowani.

Pracownikami Lasów Państwowych byli w dużej części weterani wojny 1920 r. Paramilitarna organizacja Przysposobienie Wojskowe Leśników (PWL) liczyła prawie 500 kół oraz 12 tys. członków i była trzecią największą tego typu formacją po kolejarzach i pocztowcach. Jednak zadania leśników były szczególne – odbywali pod okiem specjalistów z armii szkolenia z dziedziny wywiadu i kontrwywiadu, na których uczono ich nawet sposobów cichej likwidacji przeciwnika. Tak przeszkoleni ludzie byli kierowani zarówno na wschodnią, jak i zachodnią granicę, gdzie wypełniali zadania przy współpracy z wojskiem, policją, strażą graniczną i Korpusem Ochrony Pogranicza.

Jeszcze przed wybuchem wojny leśnicy przyczynili się do likwidacji dużej części niemieckiej piątej kolumny, której zadaniem była działalność wywiadowcza oraz sabotaż i dywersja przeciwko polskiemu wojsku. We wrześniu ruszyli do walki na wszystkich frontach, zarówno przeciwko Niemcom, jak i Sowietom. Wielu z leśników, którym udało się przedostać na Zachód, służyło później w wywiadzie, zostawało cichociemnymi lub komandosami w Polskich Siłach Zbrojnych. Ci, którzy zostali w kraju, musieli liczyć się z represjami ze strony niemieckich i sowieckich okupantów. Jednak dzięki doskonałemu przeszkoleniu wielu udało się przetrwać. Jeden z członków PWL Henryk Cybulski zbiegł z sowieckiego łagru na dalekiej północy ZSRR, i po powrocie na rodzinny Wołyń organizował polską samoobronę przeciw oddziałom UPA.

To właśnie dzięki leśnikom udało się zlokalizować testowe wyrzutnie bomb latających V-1 i V-2 oraz uruchomić pierwszą nadającą do Londynu radiostację Armii Krajowej. Na terenie Nadleśnictwa Gidle działała w czasie okupacji także radiostacja RAF, nadająca bezcenne dla brytyjskiego lotnictwa komunikaty meteorologiczne. Córce leśniczego Krystynie Pomarańskiej udało się – już po zajęciu przez Niemców budynku Naczelnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie – wykraść dokładne mapy lasów. Zostały one rozesłane do okręgów AK i korzystały z nich oddziały partyzanckie.

Leśnicy tacy jak kpt. inż. Mieczysław Tarchalski czy por. inż. Florian Budniak organizowali dywersję przeciw niemieckim transportom. Na ich oddziały spadł także główny ciężar walk w jednej z największych bitew partyzanckich w okupowanej Polsce, która rozegrała się pod koniec października 1944 r. w lasach włoszczowskich. Zaatakowani przez wspierane lotnictwem i bronią pancerną formacje Wehrmachtu, SS i żandarmerii partyzanci leśnicy dali popis wojskowego kunsztu. Postawione przez nich błyskawicznie zapory ze ściętych drzew i pola minowe sparaliżowały niemieckie pojazdy, a komandoskie metody walki z wychodzeniem na tyły przeciwnika zdezorientowały Niemców. W rezultacie pięciodniowych walk stracili oni 200 poległych i rannych, trzy wozy broni i amunicji oraz moździerz kalibru 81 mm. Polacy wzięli do niewoli niemal setkę jeńców, tracąc w walkach siedmiu zabitych i dziewięciu rannych.

Podziemna zbrojeniówka

Znaczenia zbrojeniówki dla polskiego podziemia nie sposób przecenić. Wizytówką jakości polskich wyrobów branży był pistolet VIS. Został on zatwierdzony do seryjnej produkcji w sierpniu 1935 r., a na miejsce jego wytwarzania wybrano Fabrykę Broni w Radomiu. Niezwykle rygorystyczna była kontrola jakości VIS-ów. Jedno z badań polegało na losowym wybraniu pięciu pistoletów z partii 500 sztuk i zamianie części między nimi. Tak złożona broń powinna działać bez zacięć. Jeśli było inaczej, wszystkie 500 egzemplarzy zwracano fabryce do poprawki. W czerwcu 1938 r. VIS-ami dysponowali żołnierze jednostek pancernych, kawalerii i lotnictwa, w następnej kolejności broń miały otrzymać piechota, łączność, artyleria, marynarka wojenna i Korpus Ochrony Pogranicza.

Z zamówionych 90 tys. VIS-ów do wybuchu wojny udało się wyprodukować ok. 49 tys. sztuk. W czasie okupacji Niemcy przenieśli najpierw produkcję luf, a potem całego pistoletu do zakładów w austriackim Steyr i obniżyli standardy jakości. Takich „niemieckich VIS-ów”, produkowanych dla Wehrmachtu pod nazwą Pistole 35p, powstało niemal 300 tys. sztuk, co czyniło z nich drugi najpopularniejszy – obok parabellum – pistolet armii III Rzeszy. Jednocześnie w Radomiu trwała konspiracyjna produkcja VIS-ów dla żołnierzy podziemia, za co wielu pracowników Fabryki Broni zapłaciło życiem.

Okupant zdawał sobie sprawę, czym grozi utrzymywanie fabryk produkujących broń na terenie podbitej Polski. Dlatego ponad 40 proc. wyposażenia zakładów zbrojeniowych zostało wywiezione do Rzeszy. Jednak dzięki działającym w konspiracji inżynierom udało się uruchomić produkcję broni i amunicji na potrzeby Armii Krajowej w wielu niezwiązanych z tą branżą fabrykach, a także w podziemnych warsztatach. Jak wynika z raportu Komendy Głównej AK, tylko od 1 marca do końca sierpnia 1943 r. wyprodukowano w podlegających jej wytwórniach 86 tys. granatów ręcznych i 190 tys. części do nich, 260 tys. spłonek, 10 tys. sprężyn i 4 tys. iglic do karabinów, 100 kg gazu łzawiącego, 60 tys. kolców do przebijania opon, 6 radiostacji i 86 radioodbiorników.

Jednocześnie był prowadzony sabotaż wyrobów, które miały trafić do niemieckiej armii. W fabryce amunicji w Łęgnowie koło Bydgoszczy zamiast materiału wybuchowego sypano do zapalników piasek, w Pionkach palono worki do przechowywania prochu, a z fabryki zapałek w Częstochowie pracownicy wynieśli aż 20 ton materiału wybuchowego – szedytu, który trafił do podziemnych warsztatów AK. Takich działań w skali okupowanego kraju były tysiące. Wielu konspiratorów za ekonomiczną walkę, którą wydali wrogowi, zapłaciło życiem. ©℗

Atak 1 września 1939 r. nie był zaskoczeniem. Szokiem dla Niemców była trwająca aż 14 godzin obrona tego symbolu polskich praw w Gdańsku. W obronie Poczty Polskiej zginęło ośmiu jej pracowników. Sześć osób zmarło w szpitalach w wyniku ran i poparzeń. 38 pocztowców, po parodii procesu, zostało rozstrzelanych na gdańskiej Zaspie, jednego zamordowano w Lasach Piaśnickich





















































































Reklama