- W swojej większości Niemcy traktują Polskę jako kraj zacofany i mało istotny w Europie. Kiedy mówię studentom, że to siódma gospodarka UE, to są zdziwieni. Podobnie jest, gdy wskazuję na to, ze obchody trzydziestej rocznicy wydarzeń roku 1989 r. z gośćmi z Rumunii i Węgier, ale bez Polaków i tematów polskich, są skandalem. A właśnie takie obchody urządza aktualnie Instytut Europy Wschodniej i Południowej w Ratyzbonie - mówi politolog, który od 2002 roku kieruje katedrą systemów politycznych Europy Wschodniej w Ratyzbonie.

Jego zdaniem oprócz ignorancji w sprawach polskich funkcjonują też historycznie ukształtowane negatywne stereotypy na temat Polski i Polaków. Politolog zastrzega, że niemiecki brak kompetencji nie ogranicza się do samej tylko Polski, ale rozciąga się na całą Europę Środkową i Wschodnią. Sama w sobie niekompetencja nie byłaby aż tak szkodliwa, gdyby w Niemczech nie panowało przekonanie o rzekomo powszechnej w tym kraju znajomości Europy Środkowej i Wschodniej - konstatuje.

Politolog zauważa, że ukształtowany historycznie negatywny obraz Polski jest utrwalany przez przeważającą większość mediów. - Było to widać szczególnie po wyborach do Sejmu i Senatu - mówi.

- Brak kompetencji w społeczeństwie w żaden sposób nie usprawiedliwia marnego dziennikarstwa. Przede wszystkim nie ma dobrych dziennikarzy piszących o Polsce. Oprócz tego, że są mierni pod względem warsztatowym, to strasznie polityzują. Zamiast próbować rozumieć to, co się w Polsce dzieje, chcą kształtować niemiecką opinię publiczną wedle swoich politycznych wyobrażeń. I nie chodzi mi o to, że jakiś niemiecki dziennikarz nie lubi PiS-u czy Kaczyńskiego – to jest jak najbardziej dopuszczalne. Niewybaczalna jest jednak skrajna jednostronność, pomijanie niewygodnych faktów, nieobecność argumentów krytykowanej strony. To jest po prostu mizerne dziennikarstwo – podkreśla ekspert.

- Gdyby Marine Le Pen wygrała wybory we Francji, to mielibyśmy w niemieckich mediach głosy krytyczne, ale nie tak jednoznaczne, jak w przypadku zwycięstwa wyborczego PiS-u w Polsce. Przy całej krytyce nowej francuskie prezydent pisaliby o niej bowiem ludzie, którzy znają francuski, w przeciwieństwie do większości dziennikarzy niemieckich, którzy z nieznanych powodów przynajmniej od czasu do czasu czują się do tego powołani, by napisać coś o Polsce. Mielibyśmy zatem po wygranej Le Pen szok i krytykę, ale zaraz potem próbę zrozumienia, dlaczego właśnie ona została prezydentem, a potem próby nawiązania z nią sensownej współpracy. Wprawdzie z zaciśniętymi zębami, ale jednak – uważa Maćków.

Zrzucanie całej odpowiedzialności na poszczególnych dziennikarzy byłoby według profesora jednak zbytnim uproszczeniem. Wyjaśnia, że Niemcy są obecnie ekstremalnie spolaryzowane. Społeczeństwo podzieliło się na tych, którzy są za rządem tzw. wielkiej koalicji i przeciwko. - Do zwolenników rządu zaliczam też tylko w części opozycyjnych Zielonych. Wielka koalicja sensu stricto to dwie partie (CDU/CSU i SPD), które dzisiaj ideowo nie reprezentują ani chrześcijańskiej demokracji ani socjaldemokracji, tylko chęć pozostania u władzy. A Zieloni są głównymi dostarczycielami politycznych tematów dzisiejszych Niemiec - ocenia Maćków.

Z kolei do największych błędów polskiej polityki wobec Niemiec po 1989 r. zalicza Maćków brak uczciwej rozmowy z Berlinem o polityce RFN wobec Solidarności, Polski i komunizmu. Taka rozmowa przeprowadzona na początku lat dziewięćdziesiątych pozwoliłaby Niemcom zrozumieć, że ciągle jeszcze potrafią się w zasadniczych kwestiach polityki strasznie mylić.