Pamięta pan tamten poranek?
10 kwietnia 2010 r.? Byłem na zakupach, kiedy usłyszałem, że coś się stało z prezydenckim samolotem. Nie wiedziałem co, ale przeszedł mnie dreszcz. Po chwili przypomniałem sobie, że Lena Cichocka, z którą się przyjaźnię, pracuje w Kancelarii Prezydenta. Zadzwoniłem, odebrała, bo nie było jej na pokładzie tupolewa. Ale powiedziała, że do Smoleńska leciał Tomek Merta, jeden z moich najbliższych przyjaciół. Wśród osób, które tego dnia zginęły, było więcej moich dobrych znajomych – "Aram” Rybicki, Andrzej Przewoźnik, Ola Natalli-Świat, Władek Stasiak.
Jak zapamiętał pan Tomasza Mertę?
Kilka razy zamieniliśmy się zawodowymi rolami. Byłem redaktorem "Kwartalnika Konserwatywnego”, a kiedy zacząłem pracę w rządzie Jerzego Buzka, Tomek przejął odpowiedzialność za ten projekt. Podobnie jak redakcję zbioru tekstów "Pamięć i odpowiedzialność”, kiedy wyjeżdżałem na dwa lata do Brukseli. Zresztą wiąże się z tym zabawna historia: zostawiłem mu artykuły w porządku alfabetycznym i tak przesłał je do wydawnictwa, bo funkcjonował czasami w pewnego rodzaju roztargnieniu. Ale był jednocześnie niezwykle sprawnym urzędnikiem i wybitnym intelektualistą. Lubiłem jego dowcip – cięty, sarkastyczny, ale zawsze na wysokim poziomie. O pomyśle budowy Muzeum Historii Polski rozmawialiśmy we trzech: z Tomkiem i Kazimierzem Michałem Ujazdowskim.
Wystawa stała w Muzeum Historii Polski, której otwarcie zapowiada pan na 2021 r., zakończy się na Smoleńsku?
Na końcu będzie sala z multimediami, w której zostaną pokazane różne wydarzenia organizujące po 1989 r. naszą zbiorową wyobraźnię. Katastrofa smoleńska ma tu ważne miejsce, ale też śmierć Jana Pawła II, wejście do NATO i Unii Europejskiej, literacki Nobel dla Szymborskiej i Tokarczuk czy sukcesy Adama Małysza. A na końcu zapewne epidemia koronawirusa, a może też opowieść o sukcesach piłkarzy, jeśli wygramy mistrzostwa Europy.