Od roku w Szanghaju i jego okolicach chiński rząd testuje na kilku milionach ludzi System Oceny Obywateli (SCS, Social Credit System). Według oficjalnego stanowiska Pekinu ma on służyć promowaniu "zachowań prospołecznych". W tym celu starą jak świat metodę kija i marchewki ubrano w nowoczesną technologię.

Każdy objęty nadzorem SCS ma określoną pulę punktów. Jeśli zachowuje się jak wzorowy obywatel i pomaga władzy, dostaje dodatkowe noty. Im ich więcej, tym jego życie staje się łatwiejsze. Otrzyma kredyt z banku na korzystniejszych warunkach czy dostanie paszport. Kiedy SCS wychwytuje, iż ktoś łamie reguły ustalone przez władze, obywatel traci ciułane punkty. Wówczas nie tylko może zapomnieć o kredycie czy paszporcie, ale nawet o kupnie biletu na pociąg.

System nagród i kar reżym może cały czas doskonalić, podobnie jak techniki inwigilowania obywateli. A SCS wie o nich już niemal wszystko. Ma bowiem do dyspozycji bazę danych ich cech biometrycznych, dostęp do ich smartfonów i laptopów, zbiera nagrania z kamer ulicznych, śledzi aktywności inwigilowanych osób w internecie, a także odnotowuje transakcje przy użyciu kart płatniczych. W razie konieczności nadzór można uzupełnić o m.in. wszczepienie lokalizatora.

Gdyby Włodzimierz Lenin na moment powstał z martwych, musiałby oniemieć z zachwytu na widok narzędzi, o których w ostatnich latach życia tak bardzo marzył.