Rolę kozła ofiarnego, odpowiedzialnego na międzynarodowy skandal, musiał wziąć na siebie zastępcę szefa wywiadu Arabii Saudyjskiej Ahmed al-Asiri. Na razie go ostentacyjnie zdymisjonowano. Jeśli równie szybko skróci się go o głowę, nie będzie mógł się niczego wypierać.

Do grona winnych dodano osiemnastu aresztowanych funkcjonariuszy tajnych służb. Jako, że są postaciami zupełnie anonimowymi, czy za jakiś czas zostaną zdekapitowani, czy awansowani, nie ma większego znaczenia. Podobnie jak podana przez Rijad wersja zdarzeń, że dziennikarz zginął: "podczas kłótni i bójki, do jakiej doszło w konsulacie między nim a wieloma osobami".

Wprawdzie nagranie wykonane przez smart watch, jaki nosił Khashoggi (przesłane ono zostało na komórkę pozostawioną przez dziennikarza narzeczonej) dowodzi coś zupełnie innego. A mianowicie, że Khashoggiemu na powitanie piętnastu agentów saudyjskiego wywiadu wspólnym wysiłkiem obcięło palce. Potem zaczęli go ćwiartować, jeszcze nim skonał. Pokawałkowane zwłoki zapakowano do poczty dyplomatycznej i tak odesłano do ojczyzny. Co było o tyle wygodne, że międzynarodowe konwencje zakazują otwierania przesyłek dyplomatycznych. Tak oszczędzając celnikom wielu przykrych wrażeń.

Cała ta makabra okaże się wkrótce rzeczą trzeciorzędną. Podobnie jak fakt, że zamordowany był dziennikarzem, przekazującym światu prawdę na temat nadużyć, jakich dopuszcza się rządząca Arabią Saudyjską dynastia Saudów. Rzecz i tak pójdzie szybko w zapomnienie, bo wszak król Salman ibn Abd al-Aziz raczył przeprosić, a światu przekazano wersję zdarzeń łatwiejszą do strawienia, niż ta o posiekaniu z premedytacją dysydenta w saudyjskim konsulacie. Nawet gdyby z czasem się okazało, że Jamal Khashoggi nie wrócił do Rijadu w poczcie dyplomatycznej, lecz został przerobiony na kebab i od ręki sprzedany na stambulskim bazarze, nic to nie zmieni.

Arabia Saudyjska dysponuje największymi na świecie zasobami ropy naftowej oraz leży nad Zatoką Perską. Dlatego może sobie pozwalać na rzeczy dużo mniej przyjemne od ćwiartowania niepokornych dziennikarzy. Zachodnie, liberalne demokracje i tak to łykną. Acz może wcześniej demonstracyjnie okażą swe obrzydzenie wobec karmiciela. Nie jest żadną tajemnicą, że monarchia Saudów nadal czują się spadkobiercami układu, jaki w XVIII w. zawarł religijny reformator Muhammad ibn Abd al-Wahhab z przywódcą koczowniczego plemienia z Półwyspu Arabskiego Muhammadem bin Saudem.

Najbardziej ekstremalny odłam islamu wahhabizm stał się wówczas nie tylko państwową religią w królestwie Saudów, ale też kluczowych narzędzi ekspansji. Jednak dopóki religii nie wspierały petrodolary miała ona bardzo lokalny charakter. Wszystko zmieniło się w latach 70. Po pierwszym kryzysie naftowym, kiedy cena ropy poszybowała w górę w ciągu trzech kolejnych dekad, wedle szacunków opublikowanych przez doradcę British American Security Information Council dr Yousafa Butta, Saudowie wydali ponad 100 mld dolarów na promowanie wahhabizmu.

Wedle raportu organizacji Freedom House z 2016 r. saudyjskie dolary skutecznie wspierały szerzenie: "ideologii nienawiści do <>, którymi są: chrześcijanie, Żydzi, szyici, sufici, sunnici nie stosujący się do doktryny wahabitów, Hindusi, ateiści i inni". Za petrodolary powstało poza granicami królestwa ponad 200 islamskich uniwersytetów, 2 tys. szkół dla dzieci, 1,5 tys. nowych meczetów, ponad 200 centrów kultury islamskiej. Wszystkie promują najbardziej ekstremalną wersję islamu, której wyznawcy bardzo dosłownie traktuję Surę 47, wers 4 Koranu, nakazującą wiernym: "Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi; a kiedy ich całkiem rozbijecie, to mocno zaciśnijcie na nich pęta".

Ideowa praca u podstaw zawsze z czasem przynosi efekty. Takimi właśnie jest fala islamskiego terroryzmu, która przetoczyła się przez kraje Zachodu. Wprawdzie bezpośrednio Saudowie nie mieli z nią nic wspólnego, lecz nie było przypadkiem, że spośród dziewiętnastu zamachowców, którzy upokorzyli Stany Zjednoczone 11 września 2001 r. i zabili prawie 3 tys. ludzi, aż piętnastu było obywatelami Arabii Saudyjskiej. Nie przypadkiem Osama bin Laden był saudyjskim milionerem. Nie przypadkiem też bojownicy Państwa Islamskiego, nim podpalili Bliski Wschód, wykształcenie zdobywali w promujących wahhabizm szkołach i meczetach, których budowę sfinansował Rijad.

Każda z tych rzeczy jest powszechnie znana. Podobnie, jak wiadomy jest, że w ateistycznej za rządów Envera Hodży Albanii, Suadowie sfinansowali budowę lub renowację ok. 700 meczetów. Państwo zaś zupełnie straciło kontrolę nad tym, co głoszą prowadzący modły duchowni i czego uczą młodzież. Podobnie dzieje się dziś w Kosowie oraz Bośni i Hercegowinie. Na Bałkanach pierwsze pokolenie absolwentów wahhabickich szkół koranicznych za kilka lat wejdzie w dorosłość. Jaki daje to efekty dobrze było widać ostatnio w Iraku i okolicach Syrii. Sporo mogliby o tym opowiedzieć np. jezydzi. Acz zetkniecie z ISIS przeżyło raczej niewielu.

Lenin w takich okolicznościach zwykł mawiać, że chciwi kapitaliści sami sprzedadzą mu sznur, na którym ich powiesi. Ta dykteryjka utrafia niemal w sedno. Dla Zachodu Arabia Saudyjska na co dzień ma twarz następcy tronu księcia Mohammeda bin Salmana, który promuje program "Vision 2030". Zaplanowano w nim wydanie 1,8 biliona dolarów na transformację gospodarczą królestwa. Przy jego realizacji zarobić mogą krocie podwykonawcy z całego świata. Podobnie rzecz się ma z obiecaną prywatyzacją państwowego koncernu Saudi Aramco, wartego jakieś 500 mld dolarów.

Szejkowie z Arabii Saudyjskiej to pożądani inwestorzy na rynku nieruchomości oraz finansowym. Najlepsi klienci ekskluzywnych hoteli, kurortów i najdroższych sklepów. Zaś Rijad dla Waszyngtonu to bezcenny sojusznik w rozgrywce z Iranem i Rosją o wpływy na Bliski Wschodzie. Dlatego jeśli Saudom przyjedzie chęć poćwiartowania dowolnej liczby dziennikarzy nie będzie miało to w dłuższym terminie czasu większego znaczenia, bo petroszejkom wolno wszystko. No chyba, że przy okazji podpalą całe Bałkany.