Marszałek Marian Spychalski  nie mógł przypuszczać, że wizyta  w egzotycznym Pakistanie nieomal  skończy się dla niego śmiercią - napisał Paweł Miedziński w miesięczniku IPN pamięć.pl. W artykule pt. Zamach na "prezydenta" Miedziński szczegółowo opisał okoliczności tego wydarzenia.

Na przełomie października i listopada 1970 r. polska delegacja z Marianem Spychalskim na czele przebywała z pięciodniową wizytą w Pakistanie. 1 listopada samolot z przedstawicielami polskich władz wylądował na lotnisku w Karaczi.

Trzy minuty po 11.00 marsz. Marian Spychalski pojawił się na trapie i zszedł, by się przywitać  z oczekującymi. Tytuł przewodniczącego Rady Państwa, który nosił, nie miał swojego odpowiednika w świecie dyplomacji, dlatego w krajach anglojęzycznych tłumaczono go "Mr. President" i traktowano Spychalskiego jak głowę państwa,mimo że urząd, który pełnił, był zupełnie fasadowy - czytamy w miesięczniku pamięć.pl.

Podczas oficjalnego powitania na płycie lotniska pojawiła się ciężarówka Pakistan International Airlines.

Pojazd nie jechał szybko, ale wprost w kierunku szpaleru witających, po czym nagle przyspieszył. Rozległ się kobiecy krzyk i ciężarówka wjechała w tych, którym moment wcześniej marszałek podawał dłoń. Niezatrzymywana pojechała dalej, wlokąc ze sobą ciała i zderzając się z motocyklem obstawy honorowej. Przestrzeń wypełniły wrzaski, nawoływania i przekleństwa w językach polskim, urdu i angielskim. Po kilkunastu minutach podjechał podnośnik i udało się wydobyć uwięzionych pod kołami. Trzy osoby nie żyły, jedna zmarła w karetce. Osiemnaście, w tym troje dzieci, zostało rannych - opisuje Paweł Miedziński. Wśród zabitych był wiceminister spraw zagranicznych Zygfryd Wolniak.

Zamachowcem okazał się Pakistańczyk Feroz Mohammad, 32 letni potomek przesiedleńców z Indii, islamski radykał, który pracował na lotnisku w Karaczi. Został on aresztowany na miejscu zamachu.

Pewnego dnia zobaczył w gazecie zdjęcie, na którym Khan (prezydent Pakistanu - dop.red.) witał się z gościem z Polski na lotnisku w Islamabadzie. 31 października Feroz miał nocną zmianę, którą kończył o 7.30. O wizycie Spychalskiego dowiedział się z plakatów rozwieszonych na mieście. Ustalił, że oczekiwany gość pochodzi z kraju chrześcijańskiego, co wystarczyło do obrania przybysza za cel zamachu - czytamy w artykule Miedzińskiego. 

Był zszokowany i wręcz zawstydzony faktem, że się pomylił i zabił nie te osoby, które planował. Wbrew temu, co pisała później część zachodniej prasy, nie krzyczał "Śmierć komunistom!". W niczym nie zmieniło to jego losu – został skazany na karę śmierci i powieszony.