"Newsweek" opisuje jak dziennikarz po aferze i oskarżeniach o molestowanie oraz mobbing opisanych przez tygodnik "Wprost" zaszył się w rodzinnych Katowicach. - wspomina jeden z jego znajomych.
Z czasem zaczął budować życie na nowo. Na Śląsku Durczok wciąż jest bohaterem. Ludzie nie wytykają go palcami, nie śmieją się za plecami, wyparli tzw. durczokgate.
Po raz pierwszy publicznie pojawił się na Europejskim Kongresie Małych i Średnich Przedsiębiorstw w Katowicach. Sala najpierw zgotowała mu gromkie brawa, a potem salwą śmiechu zareagowała na docinek Janusza Piechocińskiego, wtedy wicepremiera, który na pytanie Durczoka, o to jak mobilizuje ludzi do pracy odpowiedział:
Jak donosi "Newsweek" w grudniu Kamil Durczok pojawił się jako wolontariusz na „Wigilii dla Samotnych” w katowickim Międzynarodowym Centrum Kongresowym. – – cytuje tygodnik Mikołaja Rykowskiego, śląskiego restauratora i organizatora wigilii. To Durczok załatwił 150 kilogramów śledzi, 400 kilogramów cukierków i 3,5 tysiąca pączków.
- opowiada Rykowski.
Tygodnik cytuje nie tylko przyjaciół Durczoka, ale też jego byłych podwładnych z redakcji "Faktów". -- mówi jeden z reporterów. Na okładce autorzy piszą, że dziennikarz "chce dopaść tych, którzy złamali mu życie".
Tekst w tygodniku Tomasza Lisa szybko doczekał się odpowiedzi ze strony autorów artykułów na temat Durczoka.
- - pisze w portalu Kulisy24 Sylwester Latkowski
-dodaje.
-pisze na koniec były redaktor naczelny "Wprost".